Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO I PORTAL NIE PROWADZĄ DZIAŁALNOŚCI OD 2008 ROKU.

12. Kompleksowa ekologizacja gminy - przegląd zagadnień
12.13. Akcje spektakularne

W okresie realnego socjalizmu bardzo modne było organizowanie różnego rodzaju akcji społecznych związanych m.in. ze sprawami ochrony środowiska. Były więc grupowe akcje zalesieniowe (wówczas ważne o tyle, że leśnictwo cierpiało na chroniczny brak siły roboczej), zadrzewieniowe, zimowego dokarmiania ptaków i zwierzyny łownej, zbierania wnyków, pielęgnacji zieleni itp., itd.

Trudno dziś wyrokować o ich celowości. Na pewno należały jakoś do krajobrazu politycznego tamtych lat i jako takie mogą dziś wywołać jedynie wzruszenie ramion. Nie utrwaliły też chyba w świadomości społecznej potrzeby choćby sezonowego zrywu dla poprawy stanu środowiska przyrodniczego. Osobiście nie mam do tego typu działalności społecznej zbyt pozytywnego stosunku. Bardziej cenię sobie pracę mniej może pokazową, lecz efektywniejszą. Uważam, że akcje robione odgórnie zawsze będą tchnąć fałszem. Jestem gotów zgodzić się z tym, że gdy znajdzie się grupa, która z własnej woli i z przekonania coś chce pożytecznego zrobić, wówczas niepotrzebne będą sztucznie nagłaśniane akcje "społeczne", za które ktoś tam na samej górze dostanie order lub tytuł do sławy.

Być może wszystko zależy od pomysłowości inicjatorów akcji; raczej jednak trzeba takich akcji, by w ogóle wstrząsnąć niejednym ludzkim sumieniem. Pewnie tam jest kuźnia przyszłych kadr proekologicznego myślenia i działania. Nie wiem i nie chcę tego rozstrzygać. Po prostu staram się zakładać, że jeśli się w ich wyniku zrobi coś pożytecznego, jakiś ślad jednak pozostanie - w świadomości społecznej i na gruncie. Jest jednak inne niebezpieczeństwo: źle zaplanowane i zorganizowane akcje mogą tylko utrwalić społeczną niechęć do wszelkiej pracy podstawowej dla przyrody. Np. z okazji "Dni Ziemi" sadzono w pewnym miejscu drzewka z rozwijającymi się liśćmi, w straszny upał. Była po prostu zbyt późna pora na sadzenie drzew. Potem przyszła sucha wiosna i lato, większość z nich uschła. Sadziła rzekomo zaangażowana młodzież. Czego ją w ten sposób nauczono? Że całe to zamieszanie drzewek to jedno hucpiarstwo. Jakie jest wyjście? Trzeba albo takie sadzenie zorganizować we wcześniejszym terminie, w czasie pochmurnej pogody, a jeśli już terminu nie da się zmienić pomyśleć o podlewaniu drzewek. I w ogóle, o podlewaniu w czasie upalnego lata. Nie sądzę, by młodzi ludzie lekceważyliby taką akcję; nauczyliby się przynajmniej jednego: sadzenie drzew to poważna sprawa, która czasem kosztuje ogrom wysiłku aby się udała. Utrzymanie przy życiu usychających z pragnienia drzewek byłoby o wiele więcej warte niż sadzenie ich tysiącami tylko po to, by gdzieś tam odnotować taki fakt w sprawozdaniu.

Nie działo się to w "lekkomyślnym" realnym socjalizmie, działo się to już w obecnej demokracji.

Mimo wszelkich pochwalnych hymnów nie potrafię się też przekonać do typowo liberalnej akcji pt. "Sprzątanie Świata". Ja się zgadzam z tym, że świat jest paskudnie zaśmiecony, że śmiecą praktycznie wszyscy, że trzeba wreszcie ten horror przerwać. Nie zgadzam się z jednym. Oto wśród głównych sponsorów akcji występują potężne koncerny, które najpierw zrobiły kolosalny majątek na zaśmiecaniu świata, a obecnie stroją się w pióra obrońców środowiska. Przykładowo: Coca-Cola wprowadzająca na nasz rynek opakowania jednorazowego użytku lub firma S. D. PACK PLAST International - największy w Polsce dystrybutor opakowań foliowych. Jak mam wierzyć w dobrą wolę tej ostatniej firmy; nie dość, że zrobiła potężny majątek, to teraz kosztem naiwnych sprzątaczy świata "chce" go jeszcze powiększyć. Firma ta przekazała bezpłatnie dla uczestników kampanii "Sprzątanie Świata - Polska" (1994 r.) 15 000 dużych worków z folii biodegradacyjnej. Pozostałe worki na potrzeby akcji trzeba jednak zakupić (choć co piąty jest darem od firmy). Wyjątkowy przejaw ekologicznego sumienia u komercyjnej firmy? Raczej najtańsza kampania reklamowa. Nie ma przecież na tym świecie "miłosiernych kapitalistów". W ich doborze naturalnym wygrywa zawsze ten, który maksymalizuje to kryterium, jakie decyduje o fakcie zaliczania się do kapitalistów, mianowicie zysk. Kto tego nie przestrzega - ten ginie. "Prawdziwie miłosierny kapitalista" przez istotne pomniejszanie swego zysku nie ma szans na tym świecie. Zatem nie ma czegoś takiego jak "worki za darmo"! Zapłacili za nie ci, którzy kupując inne worki, zamienili je w śmieci.

Albo Coca-Cola; bezwzględnie ośmieszająca nasze pozorne "zacofanie" polegające na stosowaniu opakowań wielokrotnego użytku, wypierająca je z rynku w imię pozornej "nowoczesności". Fundująca nam kolejne fabryki swoich opakowań, mimo iż wiadomo, że jest to forma ekologicznego neokolonializmu. W krajach zachodnich produkcja opakowań jednorazowego użytku - tej zmory tamtejszych społeczeństw - jest obłożona podatkiem a'konto ich przyszłej utylizacji. Firmy produkujące owe opakowania nie płacą tego podatku jeśli przeznaczą je na eksport np. do Polski. Różnica wędruje do kasy firmy jako nadzwyczajny zysk, ale tę sumę nasze społeczeństwo będzie musiało kiedyś wysupłać na utylizację opakowań. Godząc się na to, społeczeństwo poddane takiej presji, zamiast wydać te pieniądze na ochronę swojego środowiska (będącego przecież w opłakanym stanie) włożyło je do kasy firmy. A to nie jest nic innego jak neokolonializm.

Ktoś więc zarobił spore pieniądze. I chwała mu za to, ale w tym przypadku zarobił... nabijając nas w puszkę po Coca-Coli. A to nie to samo. I teraz ja to mam za darmo sprzątać? Nigdy w życiu! Inaczej w końcu posprzątam, ale niech to się dzieje przynajmniej bez kamer i nachalnej propagandy rodem z czasów, o których wielu wołałoby nie pamiętać. Nie wierzę w skuteczność i takiej akcji i takiej propagandy. Jest fałszywa i ukrywa istotną prawdę przed rzekomo obywatelskim społeczeństwem. Tą drogą nigdy nie osiągnie się stanu obywatelskiego społeczeństwa i "posprzątanego świata". Czy zatem nie sprzątać? Sprzątać jak najbardziej, ale przede wszystkim tworzyć takie warunki, by nie trzeba było (i nie można) porzucać śmieci gdzie popadnie. A jeśli już sprzątać, to bez rozgłosu. To wręcz wstydliwa sprawa szczycić się, ile to śmieci zebraliśmy! To świadczy jedynie o tym, że:

  1. przez cały rok nic nie robiliśmy,
  2. nie mamy żadnej koncepcji "na śmieci", dlatego każdy może je tam porzucić gdzie mu się tylko podoba.

W każdym razie nie ma się czym chwalić. Uważam, że jeśli już organizować "hałaśliwe" akcje, to niech one czemuś naprawdę służą. Nie pośredniej reklamie antyekologicznych firm.

W ekologizującej się gminie takie możliwości bez ukrytych podtekstów zapewnia szeroko pojęta akcja "urządzania" użytków ekologicznych. Wszystko co tam zrobiliśmy natychmiast zaowocuje pojawieniem się bogatego życia. Zawieszone skrzynki lęgowe, stosy chrustu, słomy i kamieni zaroją się śpiewającym ptactwem, owadami i drobnymi ssakami, ropuchami, jaszczurkami. Gdy zaczniemy wykładać sierść i włókninę, być może ptaki zdążą wyprowadzić o jeden lęg więcej. To nic, że nie będzie przy tym kamer, dziennikarzy, współzawodnictwa i sprawozdawczości. Czy ekologizującej się gminie przybędzie od tego środków na ochronę środowiska? Jeśli tak to proszę bardzo!

Podam jeszcze jeden przykład, który przyszedł mi do głowy w czasie obserwacji monotonnych lasów porolnych, złożonych najczęściej z samej sosny. Wiemy, że są to lasy najczęściej chore i powszechnie krytykowane przez ekologów.

Gdy im się dobrze przyjrzeć, to co kilkadziesiąt metrów wyrasta w nich niepozorne drzewko dębu, czasem buka. Skąd się wzięły, skoro w pobliżu nie ma najczęściej starych drzew tych gatunków? Zostały (żołędzie i bukiew) przyniesione przez sójki, pięknie ubarwione ptaki, które schowały je jako zapas na zimę. Jakoś tak się dzieje, że sójki o nich zapominają, czy może więcej zgromadzą tych nasion niż są w stanie zużyć. W każdym razie te zapomniane nasiona kiełkują i wyrastają z nich na razie podszytowe dęby lub buki. Po upływie 200 lat (gdyby nie ingerował człowiek) ten las miałby wszelkie cechy lasu liściastego, zbliżonego do naturalnego.

Nic nie stoi na przeszkodzie, by proces ten przyspieszyć. Można urządzić sobie w szkole lub klubie ekologicznym świetną zabawę w "Chowaczy żołędzi", "Siewców lasu", "Twórców lasu przyszłości" itp.). Zebrać trochę żołędzi i posadzić je w pobliskim lesie. Gdyby Chowacze żołędzi chcieli się zabawić w stylu Niewidzialnej ręki, wówczas mogliby niejednemu leśniczemu lub gospodarzowi zrobić świetny "kawał". Niech się zastanawia skąd się wziął w jego lesie tak gęsty podszyt dębowy! Trzeba tylko pamiętać, że na żyźniejsze siedliska można użyć nasiona buka (w granicach zasięgu) lub dębu szypułkowego, a na słabszych - porolnych - dębu bezszypułkowego, na bardzo słabych, piaszczystych - obcego dębu czerwonego.

Czemu to miałoby służyć? Nie czekajmy na to, że leśnicy za nas przeprowadzą cała ekologizację, naturalizację itp. Technika podsiewu jest stara i dziś już zapomniana. A przecież niejeden las dębowy powstał tak tanim kosztem przez posadzenie kilku worków żołędzi. Może ekolodzy, zamiast pouczać leśników jak sobie wyobrażają polskie lasy, bez żadnych kosztów pokażą, że są mocni nie tylko w mowie? Leśnikom też się należy lekcja pokory.

Jestem zwolennikiem swojego rodzaju "pracy organizacyjnej", taniej i o licznych, synergicznie powiązanych, korzystnych skutkach dla przyrody. Jakie to będą prace, zależy jednak od pomysłowości samych zainteresowanych.

foto 17
Wiejskie podwórko - kaczki piżmowe z przychówkiem.
Własny wylęg drobiu - to zjawisko "nienowoczesne",
ale zgodne z postulatem ekologizacji.
Oleg Budzyński, Dylematy ekologizacji gmin wiejskich. Taktyka ekorozwoju gminy