Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

9. Ekologizacja a ochrona przyrody (cz. 1)

Być może powie ktoś, że to jedno i to samo. Niezupełnie jednak tak jest. Ekologizacja może mieć wiele odcieni. Ekologizacja "pełna", absolutnie konsekwentna równa się naturalizacji krajobrazu, a ta możliwa jest tylko po całkowitym wyeliminowaniu czynnika ludzkiego (wysiedlenie ludzi i zaprzestanie wszelkiej ludzkiej ingerencji). Próbkę takiego stanu mieliśmy w Bieszczadach. Bieszczady stanowiły przed wojną jeden z najgęściej zaludnionych obszarów wiejskich Polski, z uprawą rolną wchodzącą wysoko na zbocza gór. Po wysiedleniu ludności opuszczoną ziemię szybko opanowały leśne gatunki drzew z pionierską olszą szarą na czele. Dziś uchodzą za jeden z bardziej dziewiczych rejonów Polski. Występują tu charakterystyczne zwierzęta krajobrazu pierwotnego: ryś, wilk, niedźwiedź.

Tak pojęta naturalizacja nie jest jednak całkowitym powrotem do natury. Odbywa się na drodze nie tyle naturalizacji, ile zdziczenia krajobrazu.

Jeśli w ekologizacji lasów w gminie rozpatrujemy problem sztucznego podtrzymywania ekotonów wewnątrz kompleksów leśnych, to w konsekwentnej naturalizacji powinniśmy dążyć do jak najszybszego zalesienia np. łąk śródleśnych, pól itp. Jeśli nie uważamy takiego postulatu za idealny, to z tego samego względu, jak nie zalecamy w ramach naturalizacji rezygnacji np. z zabiegów gospodarczych w lasach w ogóle. Zdajemy przecież sobie sprawę z tego, że tak swobodne decyzje miałyby niekorzystny wpływ nie tylko na losy gospodarki, ale postawiłyby pod znakiem zapytania trwałość lasu, którego stan daleki jest przecież od naturalnego.

W ekologizacji nie chodzi więc zasadniczo o naturalizację krajobrazu, choć lokalnie może to mieć miejsce. Wiemy, że równowaga istniejących biocenoz jest możliwa dzięki zainwestowanej subwencji energetycznej. I jak długo w biocenozy ingerować będzie człowiek, tak długo będą one funkcjonować w wąskiej krawędzi między względną stabilnością a względną niestabilnością. Ekologizacja to tylko częściowe zastąpienie stabilizującego wpływu na biocenozy twardych energii subwencji energetycznej energią określaną mianem "miękkiej". Polega też na odkrywaniu i wyzwalaniu stabilizujących mechanizmów wewnątrz samej biocenozy.

Proponuję pewne niekonwencjonalne spojrzenie na ochronę przyrody w gminie ekologicznej. Spojrzenie odbierające monopol dotychczasowym jej dysponentom, zacierające w istocie różnicę między ochroną przyrody a jej brakiem. Ten nowy stan będzie za to typowy dla technik z dziedziny ekologizacji.

Załóżmy, że udało się w naszej gminie, mającej aspiracje ekologiczne, zamiast zalesić kilkaset hektarów - wprowadzić trwałe użytki ekologiczne złożone z roślin motylkowych. Na tych użytkach rozmnożą się nam momentalnie np. chronione chrząszcze - biegacze, chronione trzmiele, chronione ptaki i ssaki owadożerne11. Stanie się to mimochodem, nie kiwnęliśmy nawet palcem w kierunku ochrony przyrody, a skutek będzie nadzwyczajny. W tym momencie możemy powiedzieć, że ochrona przyrody po prostu nas nie interesuje, nic nie robimy, bo to nic nie daje. To co zrobiliśmy, zrobiliśmy dla własnego interesu. Być może pola obsiane łubinem, nostrzykiem itp. zaorzemy, niszcząc setki gniazd trzmielich, ale w zamian wcześniej obsiejemy inne pola, na których osiedlą się znów inne trzmiele. Zrobiliśmy coś wbrew przepisom o ochronie przyrody? Niewątpliwie tak. Ale czy z tego wynika, że powinniśmy na naszych użytkach ekologicznych tworzyć rezerwaty trzmieli? Być może, ale tak naprawdę, to nie tędy droga! Tworzymy inny typ harmonii, korzystny dla gospodarki, ale i wielokroć korzystniejszy dla ochrony przyrody niż kurczowe trzymanie się litery przepisu.

Inny przykład. W młodym lesie, na gruntach porolnych, w szkółkach, sadach, zadrzewieniach itp. istnieje coś takiego jak specyficzna nisza pokarmowa związana ze strefą gałązek, liści, pączków, igliwia, owoców. Nisza ta obejmuje zimowe złoża jaj owadów, kokony poczwarkowe, pochowane w różnych zakamarkach larwy szkodliwych owadów. Strefa ta jest penetrowana przez lęgowe (i pozostające na zimę) sikory. Ale sikory są absolutnymi dziuplakami. Oznacza to, że wymagają istnienia odrębnej niszy lęgowej, związanej z drzewami dziuplastymi. A te są możliwe tylko w starym lub naturalnym lesie i w tym przypadku jest to czynnik eliminujący w znacznym stopniu te ptaki z biologicznego, ograniczającego wpływu na populacje owadzie związane ze strefą gałązek. Zimowe dokarmianie sikor w krajobrazie pozbawionym miejsc lęgowych jest swojego rodzaju "hipokryzją", szczególnie wtedy, gdy podkreśla jako swoje uzasadnienie właśnie ów biologiczny wpływ sikor na ochronę upraw przed szkodnikami. Jest hipokryzją, ponieważ nie bierze pod uwagę najważniejszego procesu życiowego - okresu rozrodu. W praktyce sikory "rozwiązały" ten problem samodzielnie w ten sposób, że zajmują na gniazda zupełnie nieprawdopodobne miejsca. Mogą to być różne szczeliny w murach, stare garnki, metalowe słupki w płotach. Jednym słowem, wskazują więcej "wyobraźni" niż mieszkający obok ludzie. To właśnie ludziom powinno przecież bardziej zależeć na wprzęgnięciu tych ptaków w proces gospodarczy, niż sikorom. W każdym razie, sikora zakładająca gniazdo w ciasnym metalowym słupku jest może i ciekawym przykładem adaptacji, ale i jest przede wszystkim wyrzutem sumienia dla korzystających z jej "pracy" ludzi.

Tymczasem można w ciągu kilku lat zbudować imponującą liczebnie populację sikor w sposób całkowicie sztuczny. Po prostu rozwieszając w nadmiarze sztuczne skrzynki lęgowe, zawieszane np. na słupkach wkopanych w ziemię. Jeśli jeszcze dodać do tego systematyczne zimowe dokarmianie i zapewnić latem dostęp do wody (pojnik), to praktycznie taka populacja może spowodować zupełne ograniczenie szkodników tak, że zbędne się stanie stosowanie środków chemicznych - insektycydów.

Prowadząc tego typu doświadczenie odkryłem jeszcze jeden czynnik ograniczający kolonizację sikor. Otóż sikory wyścielają dziuple grubym "materacem" złożonym głównie ze znalezionej sierści zwierzęcej. Jak się okazuje w krajobrazie rolniczym tego surowca jest stosunkowo mało i jeśli nawet nie stanowi on bezwzględnego czynnika limitującego ilość lęgów, to z pewnością przedłuża okres budowy gniazda, a tym samym zmniejsza "sukces rozrodczy" populacji. W podejściu starszych mieszkańców wsi przetrwał jeszcze taki relikt "sakralnego" stosunku do przyrody jak zwyczaj zdejmowania włosów z grzebienia i... wyrzucania ich za okno - "dla ptaków na gniazda"! Na jedno gniazdo może wystarczy (chodzi zresztą o samą zasadę, nie o "metraż"), ale nie dla kilkudziesięciu gniazd. Zbieranie włosów po zakładach fryzjerskich? Nie każdego może to bawić. Rozwiązałem ten problem w sposób "barbarzyński". Rozkładając co 20 - 30 m pęki sztucznego włókna ze starych poduszek. Włókno to we "wściekłych" kolorach niebieskim, czerwonym, różowym było tak nienaturalne, że powinno ptaki odstraszać niż zachęcać do budowy gniazd. A jednak we wszystkich skrzynkach lęgowych stało się podstawowym budulcem. Mało tego, wszystkie gatunki ptaków budujące gniazda otwarte - na drzewach i wśród krzewów a wymagające udziału włosia (np. do wyściółki gniazda) - też zaczęły korzystać z tego źródła budulca. Powstała paradoksalna sytuacja, gniazda wielu gatunków uległy daleko idącemu upodobnieniu ("standaryzacji"). Uczony ornitolog miałby nie lada kłopot, gdyby miał po rodzaju budulca określić gatunek ptaka zajmującego dane gniazdo!

Powstaje zatem pytanie, czy ta prawie pół-hodowla chronionych przecież gatunków jest jeszcze ochroną przyrody w jej tradycyjnym rozumieniu? Niewątpliwie jest formą czynnej ochrony gatunkowej, ale przede wszystkim jest celowym wprzęgnięciem tych pożytecznych ptaków w jakiś proces gospodarczy. I z tego punktu widzenia może nas wcale nie interesować, czy sikory, trznadle, pliszki, dzierzby itd. są chronione, czy nie. Stworzyliśmy coś absolutnie sztucznego, coś co w naturze nie występuje. Wzmogliśmy w sposób sztuczny zdolności samoregulujące przyrody, nie czekając np. 100 lat, aż w danej okolicy pojawią się pierwsze drzewa dziuplaste - w przypadku sikor - w zasadzie główny czynnik ograniczający ich występowanie. Podobne rozwiązania możemy zastosować dla rozwinięcia półhodowli i innych ptaków owadożernych: szpaków, muchołówek, kowalików, pleszek. Ale i większych gatunków: dzięciołów, gołębi siniaków, dudków, krasek, sów. Potrzeba tylko minimum wiedzy przyrodniczej o wymaganiach poszczególnych gatunków i... chęci.

Przy pomocy skrzynek lęgowych z trocinobetonu (imitującego jaskinie) można w ciągu kilku lat zbudować znaczącą liczebnie populację nietoperzy.

Opanowana jest sztuka sztucznej kolonizacji mrowisk w lasach. Podobnie opanowana jest umiejętność hodowli trzmieli w sztucznych ulikach z desek, czy pszczół samotnic w kłodach spróchniałego drewna.

Co charakterystyczne, wcale nie musimy wiedzieć wszystkiego o ekologii owych tysięcy gatunków pożytecznych dla nas zwierząt. Możemy traktować dany układ przyrodniczy jak "czarną skrzynkę". Tzn. nie musi nas interesować co dzieje się wewnątrz "czarnej skrzynki" (w tym przypadku biocenozy); nas może interesować tylko "wejście" i "wyjście", co w ekologii oznacza, czy dany układ jest stabilny, czy nie. Stabilny, tzn. czy wymaga dodatkowej energii (np. środków chemicznych) na likwidację zakłóceń, czy nie wymaga.

O ile kilka pokoleń przyrodników strawiło życie na badaniu biocenoz naturalnych, próbując zrozumieć wzajemne zależności między poszczególnymi organizmami, o tyle bogatsi dziś o tę wiedzę możemy ten proces niejako odwrócić i zacząć pytać: "czego w naszym środowisku nie ma, a co z powodzeniem mogłoby być"? Nie musimy zaraz wiedzieć "po co to wszystko?", "jaka jest tego funkcja ekologiczna?", itp. Wystarczy, że wiemy, co potencjalnie mogłoby jeszcze "się zmieścić" w naszym krajobrazie, biocenozie, gospodarstwie, ogródku... To nic, że są to twory zdecydowanie nienaturalne. Okazuje się, że zdolności adaptacyjne wielu organizmów są wręcz zdumiewające. Nasza wiedza i spostrzegawczość muszą dotyczyć przede wszystkim "brakujących ogniw", uniemożliwiających bytowanie pożytecznych i chronionych zwierząt. Nie musimy wiedzieć co faktycznie dzieje się w "czarnej skrzynce". Nasza rola sprowadza się do tego, by spowodować pojawienia się na "wejściu" tych gatunków zwierząt (i roślin), bez których "czarna skrzynka" nie może zacząć działać, a których niewyczerpaną skarbnicą jest nasza przyroda. Obserwując ustępowanie tych gatunków uznajemy je za zagrożone, bierzemy je pod ochronę, z reguły z miernym skutkiem. Z oczywistych względów ochrona nie rozwiązuje zazwyczaj problemu braku odpowiedniej niszy ekologicznej. Czasem jest to brak warunków do rozrodu, czasem brak schronienia lub właściwego pokarmu, względnie bezpośrednia presja - mechanizacja, chemizacja itp.

Jeśli uda się nam na "wejściu" zainstalować maksymalnie dużo elementów przyrodniczych, to możemy się spodziewać, że na "wyjściu" uzyskamy zadziwiający efekt w postaci malejących zakłóceń danego procesu przyrodniczego, czy gospodarczego. Oznacza to, że nie musimy inwestować w ten proces rosnących nakładów energii (subwencji energetycznej) na likwidowanie nieuchronnych zakłóceń.

Ekologizacja jest pewną drogą na skróty. Przykładowo z obserwacji wiadomo, że istnieje cała grupa ptaków związanych z zaroślami, gdzie żerują i budują gniazda nisko na krzewach, najczęściej poprzerastanych wysokimi chwastami. Są to różne gatunki pokrzewek, świstunek, też trznadle, dzwońce, strzyżyki. Wszystkie są chronione i wszystkie jako owadożerne niezmiernie pożyteczne. W procesie ekologizacji wcale nie jest konieczne, żeby zakładać dla ich "sprowadzenia" np. w pobliżu sadu dzikie zarośla. Dla tego celu wystarcza wyłożenie kilku kup gałęzi i pozwolenie, by przerosły one trawą i innymi roślinami zielonymi. Jeśli będzie dostatek pokarmu i dostęp do wody - taką populację możemy powiększać prawie w nieskończoność12. Niepostrzeżenie okaże się, że zaszła tu nieoczekiwana synergia - nasze "sztuczne zarośla" zaroją się następnymi niespodziewanymi "lokatorami". Na pewno zamieszka w nich jeż ("zwierzyna gruba ogródków działkowych"), ropuchy, jaszczurki, biegacze, trzmiele, osy i... tysiąc innych gatunków, których istnienie "nic nam nie mówi". Przybędą też gatunki uznawane przez nas za szkodliwe, np. myszy, ale też w ślad za nimi przybędzie łasica, tchórz czy kuna domowa. I tak w nieskończoność.

Podobną rolę spełniają np. kupy kamieni na miedzach, w których toczy się intensywne, acz utajone z pozoru życie.

Jednym ze sposobów naturalnej walki z plagą szkodliwych gryzoni jest ochrona sów i ptaków drapieżnych. Dziś już możliwa jest ich sztuczna kolonizacja, a oprócz tego celem przynęcania na pola zakładanie sztucznych czatowni, które nie są niczym innym, jak zwykłym drągiem z poprzeczką u góry, na którym ptak może wygodnie siedzieć i obserwować teren łowów. Czatownie dla ptaków drapieżnych, to też coś, co wyprzedza wyrośnięcie wysokich drzew o dobrych kilkadziesiąt lat.

Bocian biały jest gatunkiem, którego liczebność dość dobrze odzwierciedla stopień naturalności krajobrazu. Np. w Polsce żyje ok. 100 tys. bocianów, co daje 30 - 40 tys. par lęgowych. Powstałe sztuki to ptaki młode i "bezżenne". W krajach zachodnich bociany liczy się na sztuki, rzadko dziesiątki lub setki osobników. Jest to widoczny skutek osuszenia gruntów i chemizacji środowiska.

Wraz z rozwojem agroturyzmu znaczenie bocianów będzie rosło, podobnie zresztą jak i innych ptaków. Sam ich widok jest dobrym "towarem eksportowym". Zanikaniu dotychczasowych miejsc lęgowych na słomianych dachach budynków towarzyszy szybka adaptacja do budowania z powrotem gniazd na dachach z dachówki, eternitu itp., na drzewach i słupach telefonicznych i energetycznych. Rzecz jednak w tym, że taka budowa na dachach, czy drzewach musi być z reguły poprzedzona przygotowaniem stanowiska przez człowieka. Zwykle sprowadza się to do zbudowania płaskiej platformy pod gniazdo13.

Zupełnie inny problem stanowią coraz częściej pojawiające się gniazda bocianie na słupach. Dawniej często po barbarzyńsku niszczone, obecnie tolerowane, rzadziej słup taki zostaje odcięty od sieci i obok stawiany jest nowy. Właśnie ten ostatni aspekt chciałbym podkreślić jako najbardziej godny naśladowania z ekologicznego punktu widzenia. Zadaniem zainteresowanych ekologizacją byłoby wczesne wykrywanie takich przypadków, informowanie odpowiednich służb energetycznych i telekomunikacyjnych, celem odcięcia od sieci. Zadaniem władz ochrony przyrody - zwrot kosztów całej operacji energetyce, czy telekomunikacji. Można też wprowadzić system znaczących nagród dla autorów udanej kolonizacji bocianów

Tych kilka przykładów zdecydowanie odmiennego traktowania chronionych gatunków w procesie ekologizacji, nie wyczerpuje oczywiście zagadnienia. Temat - jak przypuszczam - wart jest oddzielnego opracowania. Jeszcze lepiej instrukcji działań praktycznych.

Zrobiliśmy więc coś więcej niż w modelowym procesie naturalizacji. Konsekwentna naturalizacja krajobrazu da pożądaną równowagę za 100 - 200 lat. Ekologizacja może dać identyczny efekt za 2 - 3 - 5 lat.

Nie sądzę, by warto było zakładać, iż ostatecznym celem ekologizacji jest naturalizacja krajobrazu. Ta ostatnia jest możliwa w zasadzie tylko w parkach narodowych, ich otulinach, parkach krajobrazowych, w dużych rezerwatach. Wpływ gminy, gminnego klubu ekologicznego jest raczej niewielki na zunifikowaną i zinstytucjonalizowaną "politykę ekologiczną", prowadzoną przez wyspecjalizowane służby ochrony przyrody. W przyszłości jednak wpływ tzw. czynnika społecznego na ww. służby będzie się nasilał, prowadząc często do dramatycznych spięć. Zderzeniu ulegną: urzędowa rutyna z młodością ekologicznych ruchów obywatelskich, chcących sprawdzać swoje koncepcje również na obszarach od dawna chronionych. Wydaje mi się, że metody działania tych ruchów będą bliższe koncepcjom ekologizacji, niż "klasycznej" ochrony przyrody. Od rozsądku obu stron będzie zależało, czy staną się te ruchy sprzymierzeńcem "starej" ochronny przyrody, czy będą ją negować dogłębnie. Jak to później wykażę, techniki ekologizacji mogą wnieść dużo nowych wartości do tradycyjnie pojętej ochrony przyrody.

W sztucznym, antropogenicznym krajobrazie, dopóki w nim będą znajdować się ludzie ze swoją działalnością gospodarczą, dopóty nie ma sensu mówić o naturalizacji tego krajobrazu. Lepiej mówić o ekologizacji, które to pojęcie otwiera całkiem inne perspektywy poznawcze i sprawcze. Można w ekologizacji dokonywać dziwnych syntez w rodzaju wspomnianej czynnej ochrony gatunkowej pożytecznych zwierząt (będącej w istocie półhodowlą), zorientowanej czysto utylitarnie. Przykładem są pożyteczne owady, płazy, gady, ptaki i ssaki.

Ekologizacja nie wyklucza przywracania przyrodzie jej naturalnych lub zbliżonych do naturalnych elementów. Ogólnie jednak jest drogą na skróty.

Opanowywanie krajobrazu pierwotnego przez człowieka odbywało się wg powtarzalnego wzoru. Najszybciej ulegały eksterminacji zwierzęta jadowite (stanowiące zagrożenie dla życia), później duże drapieżniki (jako konkurenci w walce o zasoby zwierząt roślinożernych), potem duże roślinożerne (jako konkurenci do zasobów roślinnych - powstanie rolnictwa). Naturalizacja, ochrona przyrody proces ten niejako odwraca, próbując instalować na nowo te gatunki (uważane przez nas za elementy krajobrazu pierwotnego) w krajobrazie. Ale jest to krajobraz zniekształcony aktywnością ludzką. Okazało się dalej, że niektóre gatunki potrafiły się doskonale zaadaptować do takiego właśnie zniekształconego krajobrazu. W pierwszym rzędzie dotyczy to "pospolitych" zwierząt leśnych: jelenia, daniela (gatunek introdukowany z obszaru śródziemnomorskiego), sarny, dzika. Ale o dziwo podobną zdolność adaptacji wykazały również gatunki, które właściwie z naszego krajobrazu już ustąpiły: żubr, łoś, bóbr, z ptaków - kruk, żuraw, łabędź niemy, ostatnio bocian czarny. Wiele dotychczas leśnych gatunków drobnych ptaków owadożernych rozszerza swój zasięg na środowiska dużych miast itp. Dużo danych wskazuje również na podobną zdolność u dużych drapieżników: wilka, rysia, niedźwiedzia.

Dzisiaj wiemy, że gatunki te w porę wytworzyły tzw. kierunkowe adaptacje do zmienionych warunków środowiska. Ich ochrona, często hodowla, nie na wiele by się zdały, gdyby nie owa naturalna plastyczność. Są jednak takie gatunki krajobrazu pierwotnego (np. drop, głuszec, cietrzew, jarząbek), które nie potrafią jak na razie istnieć w krajobrazie antropogenicznym. Ich zasięg ciągle się kurczy. Ale i tu jest wyjście, poszukuje się intensywnie populacji (np. prof. Graczyk z Poznania), które nie będą obarczone tak silną antropofobią, czyli, że będą w stanie żyć w środowisku nie tylko zniekształconym, ale i intensywniej penetrowanym przez człowieka.

Powstaje zatem całkiem zasadne pytanie: czy współczesny powrót tych gatunków do rodzimej przyrody jest zakończeniem jakiegoś etapu naturalizacji? Moim zdaniem jest początkiem długiego i ciekawego procesu tworzenia nowego typu harmonii między człowiekiem a zwierzęcymi współmieszkańcami Globu.

Posłużę się przykładem "samoczynnej naturalizacji". Uprawiane jeszcze kilkadziesiąt lat temu łąki smugowe, położone nad lokalnymi ciekami wodnymi w lasach, z czasem przestały być użytkowane i porosły drzewami, a same doliny uległy zabagnieniu. Dokonał się tu raczej proces "zdziczenia" tego elementu krajobrazu kulturowego niż pełna naturalizacja. W tych całkiem młodych zbiorowiskach obserwuje się dzisiaj ekspansję wielu rzadkich i chronionych gatunków zwierząt: bobrów, wydr, żurawi, bocianów czarnych itp. Nie oznacza to jednak, że są to już w pełni naturalne biocenozy, a w każdym razie daleko im do stanu pierwotnego. Na pewno nie ma w nich setek gatunków organizmów występujących w biocenozach pierwotnych. I prawdopodobnie nigdy nie będzie. A już na pewno nie ma nic pierwotnego w oddziaływaniu intensywnie użytkowanego otoczenia na te marginalne w końcu skrawki niby - pierwotnej przyrody. I na koniec - uznawane za elementy krajobrazu pierwotnego wspomniane bobry i żurawie są w istocie zasadniczo odmienne od swych pierwotnych przodków z pierwotnych lasów. Pokonały bowiem antropofobię. Na naszych oczach (za życia naszego pokolenia!), wyskoczyły z kurczącego się "rezerwatu" pierwotnej przyrody i zaadaptowały się do życia w bezpośrednim sąsiedztwie człowieka. W niezwykły sposób pokonały dystans, który "w naturze" trwa całą epokę geologiczną. Dzisiaj bobry potrafią budować nory pod nasypami drogowymi, widziałem też żurawie gnieżdżące się kilkadziesiąt metrów od zabudowań.

Te bobry i żurawie są z pewnością bliższe moim ptakom "budującym-standaryzowane-gniazda-ze sztucznego-włókna", niż lasom pierwotnym. Są one nadzieją na (mimo wszystko) harmonijne ułożenie stosunków między człowiekiem a resztą biosfery. Konsekwentna naturalizacja to skazywanie ich na stopniowe (i ostateczne) wyparcie z przyrody, bo same sobie nie poradzą. To konsekwentna droga do nikąd.

W tym sensie częściowa naturalizacja jest tylko jednym z elementów ekologizacji i to wcale nie najważniejszym.

Przyroda potrafi być jednak "niesamowita"! Wszędzie tam, gdzie osiedliły się bobry (w sposób naturalny lub przez introdukcję), poprzez swoją działalność (ścinanie drzew, budowanie tam) spowodowały daleko idące zmiany w środowisku leśnym, przekreślając za jednym zamachem ostatnich 200 lat gospodarki ludzkiej (skład gatunkowy drzewostanów, melioracje wodne itp.). W północno-wschodniej Polsce już podnoszą się głosy, by tę "radosną twórczość" bobrów jakoś ukrócić w imię racjonalnie pojętej gospodarki leśnej. Jest to ciekawy problem, przed którym nie da się uciec. Za nietrafione uważam argumenty "ochroniarzy". Jeśli już "zgodzić się na bobry", to nie dlatego, że są pod ochroną, że są rzadkie itp. Dziś już wiemy, że wkrótce mogą być liczne. Argumenty człowieka-wytwórcy i konsumenta, że człowiek ma "prawo" sobie pofolgować tzn. "poużywać" - jeśli go na to stać, są nadzwyczaj krótkowzroczne. Zdaje się, że tym razem to jednak bobry mają rację. Powinniśmy się od nich uczyć. To tylko złudzenie, że lasy będą lepsze wtedy, gdy pozbawimy je wilgoci. Przesuszyliśmy lasy, a potem narzekamy na brak wody! Bobry uczą nas jak należy dbać o wodę. Natura "praktykowała" ten sposób z bobrami wielokroć dłużej niż z wszędobylskim rozumem, który nie potrafi dostrzegać swych elementarnych korzyści, o ile tylko przekracza to jego horyzont czasowy.

Na styku: ekologizacja - ochrona przyrody nie rozpatrywaliśmy jeszcze ochrony roślin. Lansując pogląd, że ekologizacja to coś więcej, niż tradycyjnie pojęta ochrona przyrody, twierdzę, że istnieje między tymi pojęciami zasadnicza opozycja. Ochronę przyrody pojmuję jako wyraz sakralnego stosunku do przyrody, jako wyraz bezsiły wobec ogromu przemocy industrialnego społeczeństwa. Jest to ruch, który na przestrzeni 100 lat angażował najświatlejszych i najszlachetniejszych ludzi. Przerażeni ogromem zniszczeń i spustoszeń w przyrodzie, w sposób niejako instynktowny, dążyli do "uświęcania" przedmiotu własnej adoracji. Ubocznym, acz zapewne nie planowanym tego skutkiem jest społeczny odbiór ochrony przyrody jako "tabu", coś czego lepiej nie dotykać. W sensie dosłownym, boć przecie cała cywilizacja bardzo skutecznie rozprawia się z żywą przyrodą. Konstatacja tego faktu niczym się nie różni od przyznania cywilizacji roli fatum - przemocy żywiołu.

Program restytucji gatunków, programy reintrodukcji rzadkich gatunków na niegdyś zajmowane terytoria, mają w podtekście dwojaki sens:

  1. zachować pulę genową tych gatunków,
  2. zachować lub przywrócić pierwotną różnorodność gatunkową, widzianą jako niedościgły wzór dla społecznej gospodarki.

W konsekwencji mniej lub bardziej zakłada się, że w ten sposób obszar dzikiej przyrody powiększa się. Otóż nic bardziej błędnego. Zmianie ulegną obie strony tego swoistego dramatu. Przywrócony element choćby i pierwotnej przyrody nigdy już nie będzie powtórzeniem stanu pierwotnego. A nawet jeśli adaptacja będzie w pełni udana, to jest to sprawa drugorzędna. Przez akt "prawdziwie sakralnej" uwagi (w odróżnieniu od "sakralizmu adoracyjnego" tradycyjnej ochrony przyrody) stanie się ten element przyrodniczy częścią ludzkiej kultury. Choćby pośrednio - ulegnie jakiejś swoistej "synantropizacji"14. I odwrotnie - kultura, którą stać na troskliwe pielęgnowanie zapomnianych i odrzuconych na przestrzeni dziejów elementów przyrodniczych - przestaje być kulturą w dotychczasowym rozumieniu15. To nie przesada. Zwróćmy uwagę na samo to pojęcie. Kultura w swym pierwotnym sensie oznaczała "uprawę, pielęgnację" czegoś i w swym europejskim wydaniu była czymś absolutnie przeciwstawnym dzikiej przyrodzie. Przyroda traktowana była jako chaos, jako zespół sił wrogich człowiekowi, coś z czym trzeba walczyć i podporządkowywać człowiekowi. Wprowadzanie uporządkowania w niezrozumiały "chaos" sił przyrodniczych przez pokolenia pojmowane było jako najważniejsze powołanie człowieka i co istotne - dobrze spełniało swoje zadanie. Do czasu, gdy... zamieniło się w swoje przeciwieństwo w licznych katastrofach agrarnych umarłych cywilizacji i pod koniec epoki przemysłowej.

Ekologizacja, jako nowy typ harmonii między człowiekiem a innymi organizmami oznacza dla nich specyficzną synantropizację (jakąś formę "udomowienia" - zbliżenia do człowieka), dla człowieka ponowne zbliżenie z Naturą, zbliżenie przerwane przez Wielkie Rozdzielenie (nazywane tak przez taoistów) czy wygnanie z Raju (u wyznawców trzech wielkich religii monoteistycznych - judaizmu, chrześcijaństwa i islamu) u początków ludzkiej kultury. Ważne jest by zbliżenie to miało charakter czynny, nie bierny ("sakralny").

Oto różnica, podstawowa różnica; na pewno dobrze jest, gdy rolnik jest świadom celów ochrony przyrody i nie kieruje się zabobonnymi uprzedzeniami względem np. chronionych i pożytecznych ropuch. W tym rozumieniu: "chronić je" znaczy tyle co "nie niszczyć" celowo. Bo i cóż więcej dla nich można zrobić? Ale będzie jeszcze lepiej, gdy w swoim dobrze pomyślanym interesie ów rolnik wykopie staw rybny (ostatnio "modna" inwestycja). Zyskuje w ten sposób nowe (a przecież "stare") źródło wartościowego białka ryb, zyskuje źródło dodatkowych dochodów, gromadzi wodę i, być może nie zdając sobie sprawy, tworzy nowe miejsce rozrodu dla dosłownie tysięcy płazów (żab, ropuch, traszek, kumaków, rzekotek). Synergia interesów rolnika - hodowcy ryb i mimo woli płazów (czyli "Natury") sięga tak daleko, że niemożliwe jest, by mógł być on wrogiem tych zwierząt. Nie może ich zniszczyć bez zniszczenia przedmiotu swej gospodarskiej troski, ba - mimowolnie będzie rzecznikiem ich ochrony. Na tym się jednak owa synergia nie kończy; przecież te płazy jako formy dorosłe, a więc lądowe, "odwdzięczą" mu się jako wrogowie szkodników roślin uprawnych.

W ochronie przyrody również mówi się o potencjalnych korzyściach (naukowych, dydaktycznych, przyrodniczych, gospodarczych) z zachowania elementów pierwotnej przyrody. I to jest prawda. Brak tylko stosownego "pasa transmisji" systemu wartości i symboli tradycyjnej ochrony przyrody do analogicznego systemu społeczeństwa industrialnego czy nawet postindustrialnego. Nawet jeśli ochrona przyrody będzie wysoko notowana w systemie wartości społeczeństw zurbanizowanych, to i tak niewiele z tego wynika16. Sam fakt partycypacji w cywilizacji widzącej "sukces" w kategoriach "ruchu do góry" przesądza sprawę na niekorzyść ochrony przyrody.

Odwrotnie w ekologizacji, którą postrzegamy jako "interes" jednostek, grup społecznych, organizmów terytorialnych. Nie idealizujemy pierwotnej przyrody. Nasz twórczy stosunek do niej może przybierać formy wręcz bluźniercze wobec dotychczasowego sakralnego podejścia. Stwarzamy tym samym zupełnie nową jakość, tak społeczną, jak i przyrodniczą.

Nie namawiam nikogo do likwidacji rezerwatów z pierwotną (czy prawie pierwotną) przyrodą, pomników przyrody itp. Ich rola przeszła i przyszła jest nie do podważenia.

Ale uważam też, że nie ma się czym zachwycać. Wystarczy, że zwiększy się (pośrednio, czy bezpośrednio) presję na te obiekty i... szlag je trafi w ciągu dziesięciolecia. Przykładów mamy wystarczająco dużo, by nie poddawać tego w wątpliwość; vide: zadeptane lasy, zdewastowana roślinność, walczące ze śmiercią parki narodowe - Świętokrzyski, Ojcowski, Karkonoski, ginące ptaki drapieżne, chronione rośliny itp.

W ogóle - w odniesieniu do ochrony zwierząt - łatwiej jest wykazać wiele oczywistych i prostych zależności, gdzie interes człowieka-producenta i różnych gatunków zwierząt jest zbieżny. Próbowałem wykazać to na kilku przykładach. Jeśli chodzi o ochronę roślin, te zależności są jakby mniej widoczne. Trudno po prostu udowodnić "z rękawa", że chroniąc ten i ów gatunek roślin, osiągnie się ewidentne korzyści. Ten problem rozwiązuje globalna filozofia (o ile filozofia cokolwiek rozwiązuje), dostrzegająca niezbędność wszystkich istnień, jakie "wymyśliła" Natura. Wszystkie one pełnią jakąś nieznaną nam najczęściej funkcję w łańcuchu życia.

Jaka to będzie filozofia jest sprawą otwartą i zależy bardziej od indywidualnych upodobań, niż od obiektywnej jej wartości. Raz mogą to być motywacje religijne, np. w katolicyzmie - ruch franciszkański, poza tym buddyzm, animizm. Innym razem - motywacje parareligijne - taoizm, antropozofia, New Age, hipoteza Gai - czy wręcz pozareligijne, np. teoria biologicznego holizmu, czyli zasada wszechzwiązku zjawisk przyrodniczych.

Chodzi więc w końcu o to, by mając wewnętrzną motywację (w tym przypadku utopijna "świadomość" będzie główną siłą sprawczą naszych decyzji) w analogiczny sposób jak z rozwojem półhodowli zwierząt, podejść i do sprawy półuprawy roślin (chronionych, rzadkich, ustępujących z krajobrazu)17.

W gminie ekologicznej, gdzie istnieje jeszcze klub ekologiczny, takich możliwości będzie sporo i na dodatek mogą one daleko wykraczać poza tradycyjną ochronę przyrody (mimo, iż będą jednym z jej elementów).

[dalej]

Oleg Budzyński, Dylematy ekologizacji gmin wiejskich. Taktyka ekorozwoju gminy