Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

DYTYRAMB O SANDOMIERZU

Sandomierz – piękne, małe miasteczko. Kiedyś na pewno takie było, ale czy dalej jest? Skarpa, na której znajduje się Stare Miasto, już nigdy nie zachwyci przyjezdnych swoją bogatą florą: dzikimi krzewami, nieokiełznanymi chaszczami, drobnymi roślinkami i kolorowymi motylami latającymi nad tym wszystkim od wielu, wielu lat. Liliowe i białe bzy porastały niegdyś (jeszcze nie tak dawno) skarpę i w ich wspaniałym gąszczu można się było schronić (poczytać książkę, pouczyć się, pogadać z owadami, położyć się na bujnej trawce). Co pozostało z biało–czerwonych krzewów, których nazwy nigdy nie poznałam? Wizyta Papieża skłoniła wszystkich Sandomierzan do zniszczenia jednego z piękniejszych miejsc w mieście. Wyrównano, pokopano, zasiano, no i wyrosła mała, niska, przeciętna zielona trawka, a siedzibę moich medytacji szlag trafił. Komuś, kto wjeżdża teraz do Sandomierza od strony Wisły jawi sie bardzo uporządkowany, wygładzony, ucywilizowany widok na Kolegium Gostomianum, Dom Długosza i Katedrę. Jeszcze parę miesięcy wcześniej oko przyjezdnego mogło spocząć na dzikim wzgórzu porośniętym trawami i innymi zielskami – jednym słowem, na gęstwinie, nad którą królowały stare budynki.

Nieraz patrząc na skarpy podziwiałam przepiękną łąkę ciągnącą się aż do drogi wiodącej na Kraków. Każdy, kto mieszkał choć przez parę dni w Sandomierzu, musi pamiętać spacer po owej łące, która służyła psom, ludziom, artystom mogącym pograć sobie w jej ukwieconym buszu do woli. Często wieczorem można było usłyszeć dzwięki bębnów dochodzące stamtąd w czerwonym świetle dogasającego słońca. Pamiętam moje spacery po niej, kiedy miałam psa i razem przemierzaliśmy jej długie i kręte ścieżki goniąc się nawzajem. Nieraz tam przychodziłam wczesną wiosną i podziwiałam jak wszystko budziło się jeszcze raz i od początku. Potem zbierałam mlecze, kryłam się w cieniu drzew, słuchałam muzyki z walkmana, a wieczorem stare lampy wskazywały mi drogę.
Co jest teraz? Budowana jest aktualnie nowa droga i obwodnica, a według lokalnej gazety Tygodnik Nadwiślański 31.7.2000, cytuję:
Jednym z największych zadań inwestycyjnych miasta Sandomierza jest modernizacja drogi krajowej 723 i budowa bezkolizyjnego skrzyżowania tzw. „węzła krakowskiego”.
Nie ma więc już łąki, a na jej miejscu stoją koparki i robi się ohydny asfalt. Został jakiś wąski pasek tego, co kiedyś rozciągało się na wiele metrów, a co dalej pozostanie – oto jest pytanie! Przy drodze wiodącej na Kraków zostały również ścięte drzewa liczące sobie wiele setek lat, takie jak lipy, dęby, topole i in. Było ich bardzo dużo i dawały niezłe schronienie przed słońcem dla pieszych spacerujących wzdłuż drogi. Pamiętam, gdy po raz pierwszy zobaczyłam moje ukochane drzewa ścięte, pomyślałam sobie, że to już po wszystkim, że to już nie jest mój Sandomierz – pełen zieleni i natury, która jakimś dziwnym sposobem do tej pory pozostała nienaruszona. Widząc te ścięte drzewa zapłakałam, a było to przed przyjazdem Papieża. Kiedyś patrząc ze wzgórza miałam przed oczami taki piękny widok: łąkę rozciągającą się hen, daleko, ludzi spacerujących z psami, stare latarnie i w oddali drzewa pnące się wysoko do góry. Nie widziałam ani mostu, ani drogi. Teraz – no cóż, sam beton, moi mili, wąski pas zieleni (oczywiście wyrównanej i zadbanej), no i most w całej okazałości wraz z cholerną obwodnicą i poszerzoną drogą w trakcie budowy, plus miejsce na nowy kurs prawa jazdy pod przewodnictwem pana o nazwisku Mazur i stosy samochodów przewalających się w jedną i drugą stronę. Już nigdy mój wzrok nie sięgnie horyzontu drzew i nie zatrzyma się na jakimś krzewie lub gęsto porośniętej trawie i żółtokolorowym dywanie kwiatów. Już nigdy wieczorem nie pójdę na skarpę i nie zanurzę się w pięknym majestacie natury połączonej ze starymi budynkami wyrastającymi z gęstwiny. Łąka przestała być miejscem spotkań młodych ludzi i właścicieli psów, i już nikt nigdy tam nie pójdzie, aby zobaczyć ostatni promień dnia lub poczuć zapach wieczoru.
Dziś poszłam nad Wisłę, w moje ulubione miejsce, aby usiąść pod starym dębęm i powspominać lub pomarzyć, a może nawet napisać parę wersów. A oto co zobaczyłam: koparkę w poprzek drogi i całą ścieżkę zrytą, wszystkie dzikie krzaki porastające brzeg Wisły rozpłynęły się w nicości, a mój dąb ostał się jeszcze niewzruszony, ale wiem, że nie na długo. Stoi on samotnie nad brzegiem i myśli: Kiedyś tu nie byłem taki samotny. Dookoła mnie rosło mnóstwo krzaków, a ptaki śpiewały przepiękne serenady wieczorem. Cisza ogarniała nas zewsząd i szum rzeki koił do snu. Było dobrze i tak ciepło, a teraz??? Sam nagusieńki tu stoję jako ostatnia ostoja i czekam, kiedy mnie zetną, pewnie już niedługo, bardzo niedługo, może nawet jutro. Co się dzieje? – zadaję sobie to pytanie. Patrzę na wygolony brzeg rzeki i nie mogę uwierzyć. Jeszcze przed wyjazdem w góry piłam winko pod dębem i wszystko grało. Cisza, ptaki (ich dziwne koncerty wieczorem przyprawiały mnie o dreszcze), cień i ukojenie i uczucie, że tego azylu nikt nie ruszy, no bo po co? A więc żegnaj ukochane miejsce, musisz ustąpić drodze i tępym mózgom, które muszą niszczyć to, co dziewicze.

Agnieszka Madej
Żółkiewskiego 9/133
27-600 Sandomierz
22.8.2000

PS
Średnio w Sandomierzu przypada dwa samochody na jednego mieszkańca. Klany rodzinne nie dadzą sobie zrobić krzywdy. Na budowę drogi poszły ponoć niesamowite sumy pieniędzy w postaci łapówek. Wszyscy moi znajomi z Sandomierza zapytani o zdanie na temat inwestycji wypowiadali się jednakowo:
To dobrze, że Sandomierz się rozwija, przecież teraz są takie korki na moście, że w przyszłości ten problem będzie zlikwidowany.
Nie, no w sumie to dobrze. Jak już to robią...
Nie ma co narzekać, Sandomierz dzięki temu będzie się rozwijał.

Skoro wszyscy wydają się być tak wniebowzięci faktem budowy nowej drogi i nikt z nich ani przez moment nie pomyślał o masowej egzekucji niewinnych ptaków, roślinek, drzew i in., wg nich niepotrzebnych, żyjących stworzeń, to jak i z kim można walczyć?
Agnieszka Madej