Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

"Letnia propozycja zrównoważonego samorozwoju"

“LETNIA PROPOZYCJA ZRÓWNOWAŻONEGO SAMOROZWOJU”
RZECZ O KURSIE “WYZWANIA ZRÓWNOWAŻONEGO ROZWOJU” FUNDACJI SENDZIMIRA, AGH I UNIVERSITY OF FLORIDA

“Zrównoważony rozwój” jest dość nieszczęśliwym tworem semantycznym sięgającym korzeniami lat 80. XX w. Wedle definicji miał on wyrażać wolę “zaspokojenia potrzeb bieżącego pokolenia bez poświęcania potrzeb następnych pokoleń” (Raport Światowej Komisji Środowiska i Rozwoju ONZ, 1987). W praktyce oznaczało to pewien niezbyt przemyślany kompromis między interesami biznesu, potrzebami ogółu społeczeństwa i dobrem przyrody, można powiedzieć: trudną sztukę balansowania między zatrzymaniem ciasteczka i jego jednoczesnym zjedzeniem.

Wraz z powstaniem Światowej Organizacji Handlu w 1995 r. wielki biznes nabrał impetu i zaczął tworzyć plany zmiany planety w globalną strefę wolnego handlu. Wszelkie układy międzynarodowe o ochronie środowiska stały się odtąd “barierami dla handlu” – wolny handel i rozwój technologiczny miały wystarczająco zadbać o interes przyszłych pokoleń. Zrównoważony rozwój, w opracowaniu urzędników ONZ, nie był na tyle odważny, by zakwestionować paradygmat współczesnej ekonomii: konieczność wzrostu gospodarczego (proponowano nawet powiększenie światowej gospodarki w wymiarze 5 – 10-krotnym, co oznaczałoby zjedzenie zasobów całej planety), adekwatność wskaźnika PKB, sumującego wyniki sprzedaży hamburgerów i koszty wypadków samochodowych czy dogmatyczne przekonanie o imperatywie światowej integracji gospodarczej. Dla zwolenników ekologii głębokiej i krytyków cywilizacji konsumpcyjnej termin ten był zbyt łagodnym potraktowaniem poważnych chorób współczesności.

Na polskim gruncie przeszkodą w popularyzacji terminu stało się dość pokraczne tłumaczenie i tak już wieloznacznego angielskiego terminu “sustainable”, czyli dosłownie: “zdolny do podtrzymania / trwania”, oznaczającego jednocześnie długotrwałość i harmonijność, na słowo pochodzące z dziedziny psychiatrii. W Polsce termin “zrównoważony rozwój” używany jest zamiennie ze słowem “ekorozwój” przez działaczy organizacji pozarządowych jako przepustka do funduszy na różnorodne projekty, np. reintrodukcji dawnego gatunku kur, jak i międzynarodowe koncerny chcące udowodnić, iż oprócz np. wydobywania ropy robią “coś jeszcze” dla ludzi i środowiska (np. stawiają pojemniki do segregacji śmieci na stacjach benzynowych). Gwoli skrupulatności, możemy odnotować, że zapis o zrównoważonym rozwoju znalazł się w Konstytucji i programach prawie każdej partii politycznej… Słowem, jedni pod hasłem “zrównoważony rozwój” wykonują “brudną robotę”, inni zaś bardzo dobrą i wartościową. Dlatego tych drugich zamierzam w moim tekście polecić Waszej uwadze.

Zabiegają oni o to, by “zrównoważony rozwój” nie przekształcił się w korporacyjny “zrównoważony rozbój”, aby oznaczał rzeczywiste wyzwania, których nie da się rozwiązać technicznymi środkami, wymagające otwartości umysłu, odważnego, całościowego czy inaczej holistycznego, systemowego ujmowania aspektów społecznych, ekologicznych, gospodarczych wszelkich problemów, jak i impuls do działania na szczeblu lokalnym, krajowym i międzynarodowym. Autorom kursu “Wyzwania zrównoważonego rozwoju” bliskie jest rozumienie tego procesu jako wyraz troski o przyszłość osobistą, własnej społeczności i planety oraz świadome, umotywowane działanie w kierunku rozwiązywania skomplikowanych problemów społeczno-gospodarczo-kulturalno-ekologicznych.

Kurs “Wyzwania zrównoważonego rozwoju” odbywa się już od sześciu lat, w ciągu trzech gorących lipcowych tygodni w ośrodku konferencyjnym PAN w podkrakowskich Mogilanach. Kurs organizuje całkowicie społecznie Fundacja Sendzimira, wspólnie z Akademią Górniczo-Hutniczą i Uniwersytetem Florydzkim, we współpracy z wieloma ludźmi nauki i praktykami ekologii. Kurs ma bardzo napięty i różnorodny program, obejmujący zarówno część teoretyczną, jak i praktyczną. Uczestnicy 30-tka “studentów”. Wykłady teoretyczne są zazwyczaj uzupełniane praktyczną pracą w grupach i inteligentnymi grami zespołowymi, jak też wyjazdami terenowymi. W r. 2003 uczestnicy pracowali nad dwoma projektami: jednym, zwanym “biurowym”, który polegał na sporządzeniu strategii zrównoważenia dla różnych instytucji (np. wydział ochrony środowiska miasta Krakowa czy firma recyklingowa), poznanie ich działalności i zalecenie im bardziej przyjaznych dla środowiska i użytecznych społecznie rozwiązań. Drugi projekt był przeprowadzany przez uczestników w Zawoji – najbardziej rozległej polskiej wsi i innych gminach babiogórskich, gdzie istnieje partnerstwo lokalnych organizacji społecznych, samorządowców, lokalnego biznesu i Parku Narodowego, które wspólnie działają na rzecz zrównoważonego rozwoju regionu. Biorący udział w kursie analizowali wybrane aspekty tej współpracy (np. rolę i percepcję Parku Narodowego czy działania organizacji pozarządowych).

Aby poczuć związek z przyrodą i zdobyć inspirację do działania, uczestnicy kursu odbyli nocny spacer po lesie i weszli na Babią Górę w towarzystwie Ryszarda Kulika z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot. Warto również odnotować wizytę w Stryszowie i dyskusje z udziałem Jadwigi Łopaty i Juliana Rose’a nt przyszłości polskiego rolnictwa, prezentacje ekologicznych technologii tamtejszej Sunflower Farm czy wizyty u zrzeszonych w ECEAT ekologicznych rolników. Uczestnicy kursu mieli urozmaicany czas rozwijającymi wyobraźnię i poszerzającymi wiedzę grami, jak np. symulacja globalnego handlu za pomocą nożyczek i ekierek czy konkurencji pomiędzy firmami prowadzącymi połów ryb. Gry pozwalały na własnej skórze odczuć pewne niewidoczne prawidłowości, iż np. łowiska ryb nie wyczerpują się w sposób stopniowy, lecz natychmiastowy, niczym eksplozja. Mogli też dowiedzieć się, komu klęska ekologiczna zrujnuje życie, a dla kogo oznacza jedynie etap kariery inwestycyjnej. Jednego wieczoru Joanna Słowińska z kapelą “Muzykanci” porwała uczestników do tańca ludowego. Codziennie czekały kursantów pełne misy pysznego jedzenia (zawsze również w wersji wegetariańskiej), a ukoronowaniem dnia dla spragnionych była przytulna ogrodowa altanka z niezrównoważonymi zasobami piwa.

Jeśli chodzi o zagadnienia, jakim są poświęcone wykłady, to warto wymienić: teorię systemową i myślenie systemowe, ekonomię ekologiczną, zastosowanie zasad ekologii systemowej do przemysłu i usług, czyli ekologię przemysłową, rolnictwo i analizę “zielonej rewolucji”, dynamikę ekosystemów, zarządzanie adaptacyjne i środowiskowe, analizę cyklu życia produktów, certyfikację lasów, badanie własnego ekologicznego odcisku (roczne ilości hektarów, jakie pochłaniamy konsumując), architekturę ekologiczną, “zazielenianie” uniwersytetów, tematykę zasobów nieodnawialnych, problemy rozwoju gmin, ekologiczny transport… Jak mówił jeden z twórców kursu, Jan Sendzimir, kurs ma za zadanie otworzyć uczestnikom wiele różnych drzwi, a już tylko od nich samych będzie zależeć, czy wybiorą któreś z nich. Dzięki kursowi można przynajmniej pobieżnie zapoznać się z każdą spośród tematyk “okołoekologicznych”. Dotychczasowym absolwentom kurs zapalił światełko w pokoju, który oni na własną rękę zbadali. Z kolei tym, którzy mają wąsko sprecyzowane zainteresowania zawodowe czy pozazawodowe, kurs dostarcza jakże potrzebnego pełniejszego obrazu. Dość ogólny charakter kursu może być zarówno jego największą zaleta, jak i wadą.

Inną niewątpliwą zaletą kursu jest, co piszę bez zbędnych kurtuazji, profesjonalna i otwarta kadra prowadząca. Podstawową kadrę stanowią: Jan Sendzimir, doktor ekologii (syn Tadeusza – znanego polskiego przemysłowca i wynalazcy), Gisela Bosch, również ekolog (żona Jana) i przyjeżdżający co roku z Florydy amerykański profesor Charles Kibert, uzupełniani przez polskich wykładowców i specjalistów od poszczególnych dziedzin, prezentujących gościnne wykłady. Warto odnotować, że wszyscy prowadzący stosują niekonwencjonalne metody nauczania, chętnie wysłuchują wszelkich uwag i słów krytyki ze strony uczestników. Na kursie nie panuje sztywny akademicki rygor, tak właściwy polskim uczelniom, co nie oznacza oczywiście zwolnienia z odpowiedzialności.

Dużym plusem kursu jest interdyscyplinarność. Zarówno prowadzący prezentują wiedzę z wielu różnych dziedzin, jak i swoistą interdyscyplinarność tworzą uczestnicy zajmujący się najrozmaitszymi dziedzinami: ochroną środowiska, ekonomią, socjologią, fizyką, psychologią… Uczestnicy są zróżnicowani nie tylko pod względem zawodowym i światopoglądowym, ale również wiekowym i geograficznym. Zróżnicowanie zaplecza i oczekiwań uczestników to dla kadry trudny orzech do zgryzienia podczas ustalania zakresu tematycznego i poziomu kursu, tak by odpowiadał umiejętnościom grupy. Pozytywną stroną tej różnorodności jest umożliwienie zapoznania się z tematem ludziom pragnącym działać na którymś z pól zrównoważonego rozwoju i poszukującym partnerów do współpracy. Ostatniego dnia kursu odbywa się spotkanie absolwentów z lat ubiegłych. Tworzą oni zręby sieci, która służy do dalszej współpracy i wymiany informacji. Z biegiem lat absolwenci przejmują zadanie prowadzenia wybranych wykładów lub wzbogacają kurs własnymi prezentacjami. Więzi, powstające w wyniku uczestnictwa w szkoleniu, są być może ważniejsze, niż wiedza, którą się w jego trakcje uzyskuje.

Jako że atutem kursu jest również certyfikat ukończenia kursu Uniwersytetu Florydzkiego, przyciąga on niestety trochę charakterystycznych dla naszych czasów, interesownie umotywowanych, zawodowych łowców certyfikatów, ale, jak mniemam, jest to ciągle mniejszość. Kolejną wadą kursu dla jednych i zaletą dla drugich jest fakt, że większość zajęć prowadzona jest w języku angielskim, w związku z czym znajomość tej współczesnej łaciny jest warunkiem sine qua non uczestnictwa. Dla wielu wartościowych osób wymóg językowy jest barierą nie do przejścia, zwiększa zaś atrakcyjność kursu dla wyrachowanych certifcate hunters.

Nie sposób przekazać, czego doświadczyłem i nauczyłem się przez te upalne trzy tygodnie. Nie zdołam tu napisać ani o bogatym w doznania pobycie u ojca Romualda Wilka z Zawoji, ani o wielu ciekawych rozmowach, jakie odbyłem, ani o pagórku w Mogilanach, który codziennie zdobywałem. Mogę jedynie w syntetyczny sposób scharakteryzować kurs. Mimo poczynienia rożnych krytycznych uwag co do samej zasady zrównoważonego rozwoju, jak i zakresu kursu, twierdzę, iż mogę go z czystym sumieniem polecić wszystkim żywo interesującym się problematyką okołoekologiczną i dobrze znającym angielski czytelnikom. Szkolenie to jest niepowtarzalną szansą dla polskich studentów, absolwentów studiów, doktorantów i praktyków zrównoważonego rozwoju tak do poszerzenia wiedzy i nabycia zdolności praktycznych, jak i do nawiązania wartościowych kontaktów lub przekonania się, że można nauczać inaczej – w sposób otwarty, nowatorski i interesujący zarazem, bez szkolnego strachu o konsekwencje głupiej odpowiedzi, bo – jak mawia Jan Sendzimir – jedyne głupie pytanie to to, którego nie zadałeś. Jak na razie jest to jedyna “zrównoważeniowa” inicjatywa o tak wielkiej skali w Polsce i nie ma absolutnie żadnej “konkurencji”. Jeśli się mylę co do tego, proszę mnie poinformować o podobnych inicjatywach.

Tak więc jeśli interesuje was taki kurs i macie perspektywy na wolny od pracy i egzaminów lipiec, śledźcie uważnie stronę Fundacji Sendzimira (www.sendzimir.org.pl), bo około lutego / marca 2004 r. powinny pojawić się informacje o kolejnej edycji kursu.


Piotr Bielski


Piotr Bielski