Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

NA POGORZELISKU

Świąteczne dni maja już kolejny raz „ postawiły na głowie” całe miasto Chmielnicki. Poza tym dotyczyło to nie tylko Chmielnickiego. Jeszcze dwa tygodnie po Świętach Wielkanocnych dzwoniono z Równego, Żytomierza, Kijowa, Winnicy z jednym (niestety tradycyjnym już) pytaniem: czy to prawda, że w Chmielnickiej Elektrowni Atomowej znowu doszło do awarii i poziom radiacji niebezpiecznie się podniósł? Centrum Informacyjne ChEA udzielało także tradycyjnej odpowiedzi: „Nieprawda, elektrownia przechodzi zaplanowany wcześniej remont i o żadnych skażeniach nie ma nawet mowy.”

Lecz znajomi z Równego ze strachem zapewniali przez słuchawkę telefonu, że wszystkie wozy strażackie pilnie pomknęły do ratowania Chmielnickiego…

Dzięki Bogu, że w ChEA rzeczywiście wszystko było w porządku. Stanęło natomiast w ogniu wysypisko śmieci. Pożar zaczął się 6.5.2002 w południe i trwał 3 doby. Wojewódzki Zarząd Kontroli Przeciwpożarowej użył własnych zasobów – ośmiu wozów strażackich. Zresztą liczyć musiał na własne siły. W każdym bądź razie, naczelnik Urzędu Miejskiego ds. sytuacji nadzwyczajnych i obywatelskiej obrony mieszkańców – Ałeksandr Kot twierdzi, że nie zwracano się do sąsiednich województw o pomoc, a dokąd pędziły wozy równieńskiej straży pożarnej, nie ma pojęcia. Ważne, że pożar, mimo wszystko, został ugaszony, a 10.5, dosłownie na pogorzelisku zebrała się ważna miejska komisja w celu zbadania możliwości zagospodarowania pozostałości i stanu dokumentacji wysypiska śmieci, a w ścisłym języku oficjalnych dokumentów – miejskiego wysypiska twardych odpadów komunalnych (TOK). Komisja doszła do ustaleń, że przyczyną pożaru było naruszenie technologii składowania TOK, wskutek czego doszło do samozapalenia się metanu – gazu, zbierającego się między warstwami odpadów. I, oczywiście, sporządziła akt, którego dziesiątki punktów stwierdzały poważne naruszenie technologicznych procesów składowania śmieci, jeszcze inne – absolutne ignorowanie przepisów przeciwpożarowych na wysypisku, a w dziesięciu zaleceniach objaśniała, co należy uczynić jak najszybciej, by naprawić zaistniały stan rzeczy.

Jeszcze na akcie nie zdążyła wyschnąć pieczątka, gdy 13.5, znowu w południe, na wysypisku śmieci coś zagrzmiało i góra odpadów – o objętości 2,5 tys. metrów sześciennych – obsunęła się na pobliskie, oleszyńskie ziemie. Wypielęgnowane ogrody, pole jęczmienia – niemal dwa hektary użytków rolnych – stały się przedłużeniem wysypiska, przekształcając się w hałdę, o wysokości od jednego do trzech metrów. Po trzech dniach kolejna komisja, jeszcze bardziej liczna i reprezentatywna, sporządziła jeszcze jeden akt z kontroli sytuacji nadzwyczajnej, zaistniałej na chmielnickim poligonie twardych odpadów komunalnych, w którym znowu konstatowała przyczyny nieszczęścia. A niedługo potem poprzednia komisja miejska znowu spotkała się, by przeanalizować ten sam problem – wysypiska. Został wyznaczony nowy naczelnik (nie komisji, a wysypiska). Jego poprzednika surowo ukarano: przeniesiono go na stanowisko głównego inżyniera tego właśnie poligonu TOK. I tak będzie kontynuował dobrze sobie znaną robotę, nie patrząc na te wszystkie punkty z zaleceniami: komisjami był straszony już nie jeden raz. Niczego przecież nie zmieniły w sytuacji wysypiska te wszystkie uprzednie akty – polecenia organów kontrolnych, które z zadziwiającą regularnością, raz na pół roku, nawiedzały poligon TOK, sumiennie ukrywały niedostatki i płodziły kolejny oficjalny dokument z cennymi i jeszcze cenniejszymi wytycznymi w celu ich usunięcia. Dokument został skrupulatnie dołączony do sprawy, a śmieci nadal były składowane, jak popadnie.

220 tysięcy hrywien – to suma, jaka wg słów podpułkownika A. Kota, jest potrzebna, aby zlikwidować następstwa katastrofy ekologicznej w Chmielnickim i zapobiec podobnym, nadzwyczajnym sytuacjom w najbliższej przyszłości. Przy czym miary, które trzeba przyjąć, niczego kardynalnie nowego nie wnoszą w funkcjonowanie poligonu. Budowa zakładu utylizacji śmieci, o którym władze Chmielnickiego mówiły przekonująco jako o potrzebie nie cierpiącej zwłoki już 15 lat temu, do tej pory nie weszła na porządek dzienny.

Cenne doświadczenie utylizacji i przeróbki śmieci, będących dosłownie obok, w jednym z rejonów Chmielnicczyzny, także nie zajmuje uwagi „ojców” stolicy województwa.

– Odpady komunalne – to poważne zagadnienie ekologicznego bezpieczeństwa mieszkańców, którego rozwiązanie wymaga systematycznego podejścia i znacznego wysiłku – sądzi znany na Chmielnicczyźnie obrońca przyrody, wykładowca Chmielnickiego Instytutu Regionalnego Zarządzania i Prawa, kandydat nauk biologicznych Tatiana Wygowska. – Z punktu widzenia ekologii, najbardziej racjonalną metodą rozwiązania tego problemu jest przejście do nowych, bezodpadowych lub małoodpadowych technologii we wszystkich sferach przemysłu. Lecz, niestety, gospodarze województw o to na razie się nie troszczą, mimo, że dla Chmielnicczyzny, jak i dla całej Ukrainy, problem odpadów komunalnych jest nadzwyczaj aktualny. W województwie nagromadzono ich 3,5 mln ton, ok. 57% wszystkich toksycznych odpadów przemysłowych województwa dają przedsięwzięcia jego stolicy.

Biorąc pod uwagę obecność znacznej objętości substancji toksycznych w gęsto zaludnionym Chmielnickim, ekologowie i służby sanitarne ciągle wykazywały zaniepokojenie stanem większości miejsc składowania śmieci (zarejestrowano ich w mieście cztery). Tylko w jednym z nich istniał ekologiczny monitoring stanu gruntów i wody, pozostałe w ogóle nie odpowiadają istniejącym normom. Niebezpieczna sytuacja z roku na rok się zaostrza. Aby ją przezwyciężyć, należałoby zaktywizować pracę miejskich organów władzy. Oczywiście, od strony formalnej, w oficjalnych dokumentach, taka aktywizacja miała miejsce. Lecz na dziewięciohektarowym chmielnickim wysypisku śmieci, przyjmującym rocznie 320 tysięcy metrów sześciennych odpadów komunalnych, zaktywizowały się, niestety, zupełnie przeciwne procesy, praktycznie nie do uniknięcia przy niekontrolowanym i nieuporządkowanym składowaniu odpadów.

Uczeni i specjaliści-praktycy jeszcze długo przed pożarem uprzedzali o zagrożeniu, płynącym dla mieszkańców miasta ze strony wysypiska w obecnym jego stanie, zagrożeniu dla ujęć wodnych. Miejska stacja sanitarno-epidemologiczna postawiła problem przydziału ziemi pod nowy poligon TOK. Ale, niestety, jak to często u nas bywa, problem nabrał wagi i właściwego znaczenia dopiero wtedy, kiedy doszło do tragicznych następstw. Choć także dzisiaj nie ma gwarancji, że coś się rzeczywiście zmieni w stosunku miasta do jego wysypiska; ono przecież spłonęło.

Swietłana Kabaczyńska (Chmielnicki)
tłum. Halina Rarot
Swietłana Kabaczyńska (Chmielnicki)