Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

NAZAJUTRZ PO TECHNOLOGII

Że technologia to przyszłość, wszyscy wiedzą lub WIEDZIELI. Oczywiście mam na myśli tych, którzy doprowadzili Związek Radziecki do upadku. Szkoła, przywódcy partyjni czy też transparenty porozwieszane na każdym rogu ulicy głosiły zapowiedź elektryfikacji i uprzemysłowienia, żarówka miała być w każdym mieszkaniu a traktory w kołchozach, szczególnie zaś gloryfikowano energię jądrową – tą pokojową bombę atomową. 26.4.1986 wszystko to legło w gruzach. Jeden z wielofunkcyjnych reaktorów radzieckiej elektrowni atomowej uległ awarii, która stała się przyczyną największej w dziejach ludzkości katastrofy jądrowej. Od tego dnia Europa mierzyła szanse przeżycia jako funkcję odległości od Czarnobyla. „Po całym kraju rozeszło się widmo Czarnobyla” – w cztery miesiące po katastrofie pisał jeden z prominentnych dziennikarzy radzieckich. „Rozprzestrzeniają się niekontrolowane ilości substancji toksycznych, które długo nie ulegną degradacji.” Miał on na myśli, że nie można zapobiec rozprzestrzenianiu się zarówno materiałów radioaktywnych jak też informacji o degradacji środowiska, która pochłaniała coraz to nowe połacie kraju.


Człowiek, który przywiózł mnie na teren nawiedzony katastrofą; młody major milicji, odpowiadający za „ochronę” tych ziem, złości się, jak ktoś, którego wiara legła w gruzach – „Ta >pokojowa bomba< zmiotła z ziemi zbyt wiele miejscowości”. Zatrzymując samochód warknął tylko – „Myślę, że napiszesz prawdę”.

Znalazłam się na terenach bezpośrednio sąsiadujących z reaktorem. To „STREFA ZAKAZANA” – domniemany obszar opanowany wyłącznie przez śmierć, całkowicie opustoszały, rozległy pomnik eksplozji. Lecz ta ziemia nie chce być wyłącznie milczącym świadectwem. Utworzyła się oaza, której Czarnobyl odebrał przyszłość, jak wojna, starość, czy stworzone przez nią demony.

Ludzie wracają do „STREFY” już od momentu, kiedy została utworzona a oni ewakuowani. Jedna ze starych kobiet mieszka ze znajomymi na samej granicy, lecz codziennie idzie opiekować się sadem w „ZONIE”. Żołnierze strzegący obszaru zabronionego nie przeszkadzają jej w tym. Powoli budzi się tam życie – inne niż poprzednio, życie ludzi świadomych swej inności, życie banitów, osób nie mających nic do stracenia. Prócz wieśniaków wracających do swych dawnych domów pojawiają się tam nowi ludzie lekceważący śmierć, okrucieństwo codziennego życia czy niepewność jutra. Uciekają od „dobrodziejstw” cywilizacji w miejsca, którymi się ta „cywilizacja” tak okrutnie obeszła. Większość z nich powie, iż wiodą życie bez przyszłości. Nazajutrz po napromieniowaniu to tysiące lat, czyli według norm ogólnoludzkich – NIGDY. Ale są to ludzie nie potrzebujący żadnej innej przyszłości. Wystarcza im ta, obecna i tak lepsza niż przeszłość. Zawieszeni w czasoprzestrzeni żyją na nowo bez wiary i konwenansów, które mogły by ich podeprzeć duchowo. Jedyną nagrodą jest jałowa wolność towarzysząca zniszczeniu i niesamowity spokój nie zakłócony przez wybuch „pokojowej bomby atomowej”.

Czarnobylska Elektrownia Atomowa leży niemal na granicy Ukrainy i Białorusi. Miriady cząsteczek promieniotwórczych pokryły sąsiednie tereny. Wiatr rozniósł je także na znacznie oddalone obszary Ukrainy, Białorusi, Rosji, republik nadbałtyckich i jeszcze dalej. Większość jednak spadła na Białoruś, i tak biedną i zapomnianą przez Boga byłą republikę byłego Związku Radzieckiego. Skażeniu uległo 13% jej powierzchni. Większość obwodu homelskiego (ok. 2000 km2) zostało oficjalnie włączone do „STREFY”.

W ciągu roku, po katastrofie, przemieszczono mieszkańców 212 wsi w „czyste” rejony Białorusi. W r. 1990, kiedy „wykryto” plamę o podwyższonej promieniotwórczości w odległości 160 km na północ od reaktora, ewakuowano dalszych 46 wsi. Łącznie, jak podaje białoruskie MSW, 15 804 rodziny (37 231 ludzi) straciło dach nad głową.

Porzucono wówczas 14. 923 domy. Większość stanowiły budowle drewniane, pochodzące często sprzed stuleci. Nikt nie zwracał uwagi na zagrożenia inne niż eksplozja. Nie zabezpieczano umieszczonych tuż nad ziemią okien, fantazyjnych płotów czy, typowych dla tych terenów, bram wjazdowych zwieńczonych daszkami. Nikt nie zamykał okiennic, nie myślał o dodatkowych zamkach w drzwiach czy ogaceniu drzew na zimę.

W opuszczonych miejscowościach rozgrywały się dantejskie sceny. Początkowo oddziały milicji i „ekipy ratunkowe” przysłane ze wszystkich zakątków ZSRR próbowały za wszelka cenę zniszczyć wszelkie przejawy życia – palono, często żywcem, tysiące sztuk bydła, pociągi pełne mięsa, pojazdy, wyposażenie całych wsi. Sam reaktor pokryto gruba warstwą betonu – zwaną później „sarkofagiem”. Plądrowano pozostawiony dobytek wielu pokoleń wypędzonych mieszkańców a pozyskane materiały budowlane powszechnie używano w innych miejscach. Zaznaczano też drogowskazami lub cmentarnymi krzyżami miejsca po zniszczonych domach czy całych wsiach. Wkrótce zaniechano i tego. Teraz tylko samotne sady rosnące wokół pustych placów świadczą o tym, że kiedyś kwitło tu życie.

Z czasem zaprzestano niszczyć wszystko, co popadnie. Wyczerpały się pieniądze, energia ludzka. Granica pomiędzy życiem i śmiercią jest bardzo płynna. Zaczęli umierać członkowie „ekip”. Chowano ich łącznie z narzędziami i całym ekwipunkiem. Na koniec całość otoczono drutem kolczastym, wzniesiono 13 strażnic a samą ziemię pozostawiono własnemu losowi.

***

Małżeństwo pięćdziesięciolatków, ich syn, jego żona i roczna córeczka mieszkają w wiosce Bartłomiejewka w domu, który zamieszkiwali od zawsze – ciemnym, drewnianym, obłożonym szczapami drewna opałowego i suszonymi jabłkami. Krowy przebywają w osobnej zagrodzie po drugiej stronie ulicy. Wielka ciemnoczerwona brama i wspaniałe, choć mocno zniszczone podwórze. Jedna z krów, chcąc poleżeć, udrapowała ogromnym czarno-białym łbem próg obory. Rdzawo ubarwione kurczaki aby dostać się do karmy przefruwały ponad krowimi uszami. Czerwonawo-brązowy koń właśnie co wyszedł na przechadzkę, gdy przybyłam tu razem z moim przyjacielem – fotografem. Nagradzając naszą obecność (lub raczej oganiając się od much) machał wspaniałym ogonem włócząc się po ulicy. Pies – mały, krzywonogi, bezimienny przedstawiciel niewiadomej rasy wygrzewa się na jezdni w promieniach słońca. Dzięki milicjantom na rogatkach samochody nie przejeżdżają tą wiejską drogą częściej niż raz w tygodniu. W 1990 r., gdy „wykryto” OGNISKO, wojska MSW przybyły na „inwentaryzację” do Bartłomiejewki i okolicznych miejscowości. Na każdym domu czy szopie namalowano specjalne numery pozbawiając ich cywilizowanych adresów z nazwami ulic. Wykopano wszystkie latarnie uliczne a kable elektryczne, telefoniczne i radiowe pozrywano. 6 200 ludzi przeniesiono do nowych mieszkań w mieście. Zostali tylko bardzo starzy – z tej wsi nikt – a z sąsiednich kilkoro. Starsi z tego domu (przedstawili się wyłącznie jako babcia Ania i dziadek Iwan), swego syna, Saszę – traktorzystę, przesiedlonego z żoną do małego miasteczka – Swietłogorska, zobaczyli gdy wrócił po roku, bo młodych wyrzucono z pracy.

Teraz życie jest nawet bardziej proste niż poprzednio, lecz nie można powiedzieć, że jest łatwe. Babcia i Dziadek uprawiają okoliczną ziemię – sadzą ziemniaki, sieją żyto i pszenicę, zbierają jabłka a nawet winogrona. Od czasu do czasu wybierają się odwiedzić odległe o 15 km miasteczko, by kupić chleb. Przed katastrofą chleb był wypiekany w mechanicznych piekarniach a sprzedawany w sklepach, lecz przed laty, zanim wybudowano mechaniczne młyny i wprowadzono maszyny rolnicze, chłopi używali cepów do młócenia a żarn do jego mielenia. Młocka to żmudna praca polegająca na umiejętnym uderzaniu zboża, rozłożonego na klepisku, w celu wyłuskania ziarna z kłosów. Dziś Babcia i Dziadek używają do tego celu jezdni, która ma twardszą i bardziej równą powierzchnię. Sasza i jego przyjaciele, którzy wrócili z „czystych” miejscowości rozrzuconych po całej Białorusi, chodzą nad pobliską rzekę łowić ryby. Właśnie ryby, na równi z grzybami i czarnymi jagodami zawierają najwięcej substancji promieniotwórczych. Na parkanie, otaczającym oborę, suszą się ich buty – różnobarwna kolekcja około 20 wykoślawionych par.

W mieście życie jest niemożliwe. Dobrze o tym wiedzą Babcia i Dziadek. Poinformował ich o tym syn a jego przyjaciele, którzy teraz razem klepią biedę, potwierdzili to. Lecz życie tu jakby bardziej twarde. Domniemane zagrożenie – promieniowanie, którego nie widać, nie ma smaku ani zapachu, jest zaś wszechobecne. Myślę, że warzywa i owoce, które oglądamy są większe i bardziej kolorowe niż normalnie. Nie wiem, ile w tym czystej iluzji.
„Weźcie jabłek” – zapraszają Babcia i Dziadek aby zadośćuczynić miejscowemu zwyczajowi nagradzania gości. Mój przyjaciel i ja staramy się wykręcić, lecz Babcia wypełnia dno fartucha jabłkami i winogronami. „To sprawdzone – owoce są czyste” mówi Babcia. W panice wypadamy z domu. „Dziękujemy, ale my się boimy” mój przyjaciel z niepokojem obserwuje, jak Babcia wypełnia owocami jego torbę na kamerę. Już po pozbyciu się podarunku powiedziano mi, iż w wielu przypadkach jabłka ze „Strefy” nie są radioaktywne. Nikt nie wie dlaczego.

„Patrz” – mówi Babcia, stojąc na kawałku pniaka i wskazując na wspaniały, pełen kolorów sad, rozciągający się na przestrzeni przynajmniej 100 metrów od domu. „Wszystko to rośnie w promieniowaniu” – krzyczy, jej kanciasta twarz nieoczekiwanie ożywia się. „I dynie i buraki, i ziemniaki, i pszenica, i jabłka, i winogrona. Wszystko rośnie i kwitnie pomimo radiacji.”

Masza Gessen (1996) mgessen@glas.apc.org
tłum. Marek „Duże Człowieki” Kłuciński 2002
oryginał publikowany w „Wired”, March 1996, druk za zgodą tłumacza
Masza Gessen