Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

OCHRONA PRZYRODY PO MYŚLIWSKU W BIEBRZAŃSKIM PN: PO ŁOSIACH PRZYSZŁA KOLEJ NA JELENIE, A NASTĘPNIE NA ... ?

W ustawie o ochronie przyrody czytamy, że dopuszcza się redukcję populacji zwierząt łownych.

Niedługo po utworzeniu Biebrzańskiego PN ustalono plan ochrony przyrody, w którym postanowiono zredukować populację łosi w Parku, czyli zmniejszyć liczebność tego gatunku w jego ostoi i tym samym „naprawić błędy w gospodarowaniu zwierzyną łowną popełnione przez myśliwych na byłych obwodach łowieckich”. Ochoczo wzięto się za realizowanie właśnie tego punktu planu ochrony przyrody. Dlaczego? Otóż redukcję łosia umieszczono w planie rzekomej ochrony przyrody dlatego, że wśród władz Parku, tych bezpośrednich i nadrzędnych, oraz w radzie naukowej byli miłośnicy krwawego relaksu. Tymczasem nie ma potrzeby chronić Parku przed nadmiernym rozmnożeniem się tego ssaka, gdyż problem ten reguluje sama Natura, co potwierdza za innymi biologami entomolog dr Josef Reichholf napisawszy tak: „Dopiero udział człowieka zakłóca systemy regulacyjne. Fałszywe są twierdzenia, że przyroda nie jest zdolna do samoregulacji i człowiek musi doprowadzić ją do stanu równowagi, którą sam kiedyć zakłócił”.

Jednak wspomniany punkt został zrealizowany – co później doniosły miejscowe dzienniki – z nawiązką. Nie wiadomo ile łosi miało być uśmierconych, ale wiadomo, że zabito więcej niż w tym samym przedziale czasu za „panowania” myśliwych, bo według przewodniczącego Białostockiego Klubu Ekologicznego i równocześnie myśliwego zabito ok. 200 osobników. Ale, kiedy wcześniej napisałem w „Ekoraju”, że około 100 łosi zamordowano, to Dyrekcja BPN natychmiast zanegowała tę liczbę i odpowiedziała z oburzeniem, że tylko 56, bo na to „są dowody w punktach skupu”.

Po niedługim czasie miejscowe media doniosły, że kłusowanie na łosie odbyło się za cichym przyzwoleniem dyrektora i że wiele tusz pakowano i wysyłano do Warszawy. Zatem wiarygodną może być nawet liczba 200, a nie 56 wziąwszy pod uwagę, że wiele tusz ominęło punkty skupu, bo dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego, kazał swoim pracownikom kłusować, kiełbaski z łosia słał ministrom w Warszawie, a czego nie wysłał, to konsumował na miejscu z prominentami przy ognisku zakrapianym bimbrem... („Kurier Podlaski” 14.5.1998)

Oczywiście po tych informacjach w prasie, pierwszy dyrektor „odszedł” z BPN i chyba tylko tyle.

Natomiast w BPN od tego czasu dano spokój łosiom, bo jak się okazało „błędnie je policzono i za dużo niepotrzebnie wystrzelano”. Inni obrońcy natomiast stwierdzili, że populacja łosi zmalała w całym kraju i nie wiadomo co jest przyczyną tego zjawiska.

A teraz, kiedy nastał trzeci z kolei dyrektor, postanowiono postrzelać sobie do innego dużego roślinożercy, którego natura obdarzyła pięknym porożem – jelenia. Oczywiście ci, którzy rozkoszują się zabijaniem dzikich ssaków wymyślili również i powód tego procederu: „Bo zagraża łosiom” (sic!). Tak właśnie powiedział publicznie długoletni członek Rady Naukowej Parku (również myśliwy) i to również niedawno przeczytałem w regionalnym dzienniku – „Kurierze Porannym”. I – jak podał tenże dziennik – rozpoczęto już realizację „planu ochrony BPN”, bo zabito kilka jeleni.

Z tegoż dziennika dowiemy się również, że przyczyną spadku liczebności populacji łosi w kraju są nadmierne odstrzały tych ssaków, a przede wszystkim samców.

Tak właśnie człowiek ingeruje w przyrodę. Oto są tego skutki. Jaki ma związek z ochroną przyrody zabijanie przede wszystkim samców, kiedy na świat przychodzi tyle samo osobników obu płci? Czym uzasadnione jest takie poprawianie Natury? Taki proceder można wytłumaczyć tylko chęcią posiadania drogich trofeów – poroży w jakie natura obdarzyła samce.

To są również skutki zapisu istniejącego w ustawie o ochronie przyrody, który pozwala władzom parku „redukować” populacje zwierząt łownych.

Myślę, że takie ingerencje w przyrodą parków narodowych nie powinny mieć miejsca, kiedy Natura to robi doskonale przy pomocy swoich reduktorów i selekcjonerów, jakimi są ssaki drapieżne. Liczebność populacji ustalają również choroby i baza pokarmowa. Wiedzą o tym władze Parku i różni podpowiadacze, ale – niestety – chyba u większości bierze górę tzw. „zdrowy rozsądek”.

I te krwawe ingerencje w dziką przyrodę będą trwały dotąd, aż w Parlamencie RP przestanie istnieć silne lobby myśliwskie oraz zapis w ustawie o ochronie przyrody pozwalający „redukować” populacje dzikich ssaków w parkach narodowych.

Krzysztof Pawłowski
krispa@go2.pl
Krzysztof Pawłowski