Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO I PORTAL NIE PROWADZĄ DZIAŁALNOŚCI OD 2008 ROKU.

CZYTAJĄC ZB. EKOLOGICZNE BREDNIE – „WOLNOŚĆ DLA KRÓLIKÓW!”

W ZB nr 3(129)/99, na str. 18 znalazła się krótka notatka autorstwa Pawła Zawadzkiego, pt. Wolność dla królików!. Wprawdzie autor grzecznie zapytuje znawców problemu: dlaczego tak mało (albo wcale) nie mamy dzikich królików?, ale przy okazji głosi tyle głupstw, że powoduje to, iż całość robi bardzo niepoważne wrażenie. Takie teksty skutecznie potrafią odstraszyć od ZB znających problemy ekologii, poważnych ludzi. By temu jakoś zaradzić (nie proponując od razu cenzury), pozostaje jedynie takie teksty „prostować” post factum.

A swoją drogą: hasło „wolność dla królików!” nie musi zaraz oznaczać wolności bezkrytycznego publikowania co się komu zachce. Może najpierw warto zajrzeć do biblioteki, by porównać rewelacje serwowane przez TV. Telewizja to wspaniałe narzędzie przekazu informacji, ale oglądanie programów przyrodniczych nie zastąpi przyrodniczego wykształcenia i logicznego myślenia. A emocje, jakie ich oglądanie wzbudza, wcale nie muszą przekładać się na dyrektywy praktycznego ekologizmu.

XXX
Ojczyzną dzikiego królika jest Półwysep Pirenejski i Północna Afryka, być może także wyspy zachodniej części basenu Morza Śródziemnego. Nie jest do końca pewne, czy starożytni Rzymianie dokonali udomowienia dzikiego królika, a jeśli tak, to gdzie i kiedy? J. Dorst1) podaje np., że prawdopodobnie ok. 230 r. p.n.e. królik został wprowadzony do Włoch i Grecji, choć w dzisiejszej Grecji zwierzę to nie występuje. Ten sam autor w przypisie cytuje Strabona, że cesarz Oktawian August wysłał ok. roku 30 p.n.e. legionistów na pomoc mieszkańcom Balearów w tępieniu królików, które niszczyły uprawy.2)
E. Nowak3) twierdzi, że Rzymianie udomowili królika, traktując hodowlę jako spiżarnię ze świeżym mięsem, i że wraz ze zmierzchem Imperium zarzucono hodowlę. Z końcem starożytności, gdzieś ok. VI w. n.e. dziki królik występuje wyspowo na terytorium dzisiejszej Francji, którą z czasem opanował całkowicie.
W XII w. pojawia się w Niemczech; w XII-XIII w. – w Danii, Anglii i Irlandii; w XVIII w. – w Czechach i Słowacji, Węgrzech północnej części b. Jugosławii; w XIX w. – w Polsce, południowej Szwecji, wyspowo w Norwegii, Ukrainie, Szwajcarii, Austrii i zachodniej Rumunii. Ostatni epizod w postępach kolonizacji Europy przez dzikie króliki miał miejsce w 1928 r. i dotyczył jednej z wysp u wybrzeży Bułgarii.
W sumie w ciągu 1300 lat królik w Europie z pierwotnego obszaru ok. 1 mln km2 osiągnął zasięg 2,6 mln km2 4).
Wg tego samego autora daje to tempo ekspansji 200 km2/rok. Jest to oczywista pomyłka: 2,6 – 1,0 mln km2 = 1,6 mln km2 : 1300 lat = 1230 km2/rok.
Nie da się ukryć, że większość introdukcji dzikich królików była jakoś zamierzona przez człowieka. Szczególnie sprzyjały rozprzestrzenianiu się królików – „króliczarnie” – ogrody łowieckie, bardzo modne w średniowieczu. Były zresztą króliczarnie zakładane z populacji dzikich królików, były też – z królików domowych (pochodzących w prostej linii od królików dzikich). Wszystko to jednak nie odniosłoby żadnego skutku gdyby nie „postępy” w zmianie szaty roślinnej kontynentu europejskiego. J. Dorst pisze, że dziki królik nie mógł zresztą egzystować poza basenem śródziemnomorskim, zanim uprawa roli i karczunek nie stworzyły właściwych mu, otwartych siedlisk.5).
Dzieje europejskiej ekspansji dzikiego królika robią wrażenie procesu niemal naturalnego, jeśli zważyć ogrom problemów, jakie wynikły z introdukcji tego gatunku na inne kontynenty i wyspy. Z reguły wszędzie, gdzie dziki królik się pojawił, natychmiast ujawniały się tego faktu ujemne skutki o cechach katastrofy ekologicznej. Nadzwyczajna płodność, życie gromadne, chronienie się w norach i brak właściwych wrogów naturalnych prawie zawsze prowadziły do katastrofalnego zwiększania się liczebności i wyniszczenia naturalnej szaty roślinnej. Najbardziej spektakularnym tego przykładem jest introdukcja królików w Australii, Nowej Zelandii, mniej znanym – na wybrzeżu chilijskim i na wielu wyspach oceanicznych. Dzisiejszy zasięg dzikiego królika wynosi ok. 11 mln km2 i jest przeszło dziesięciokrotnie większy od zasięgu pierwotnego (ok. 1 mln km2).6) Jest to swoisty rekord wśród gatunków zwierząt wykazujących skłonność do ekspansji.
Nie jest do końca prawdą twierdzenie, że występowanie dzikich królików w Europie nie miało katastrofalnych następstw. Zdarzający się w przeszłości nadmierny rozwój lokalnych populacji króliczych powodował znaczne zmiany w miejscowej szacie roślinnej. To prawda, że nie był to kataklizm na miarę australijskiego, ale nieprawda – że była to sielanka. Sam pamiętam przy końcu lat 50. wielką inwazję tego gryzonia na naszych polach w powiecie (byłym i obecnym) mogileńskim (kujawsko-pomorskie), kiedy to nie dało się ani orać, ani tym bardziej siać (i nie było co zbierać, bo żarłoczne, sympatyczne stworzenia praktycznie wszystko zjadły). Nie dawali rady tej pladze zaprzyjaźnieni myśliwi, polujący z dubeltówką i modnymi wówczas fretkami. To krwiożercze zwierzę należało wpuszczać do nor króliczych tylko w kagańcu. W przeciwnym razie upojone mordem, najedzone, spokojnie sobie zasypiało w norze, a strapiony nemrod chcąc odzyskać ulubieńca i pomocnika w łowach – miast z pożytkiem polować, musiał brać się za łopatę i przekopywać cały labirynt nor…
A potem króliki nagle znikły. I powiem szczerze – nikt za nimi nie tęsknił. Dziś wiemy, że sprawił to wirus myksomatozy. Wirus nie został jednak wymyślony przez francuskiego uczonego– jak podał p. P. Zawadzki. Wirus został odkryty w 1896 r. w Urugwaju. Właściwie w 1896 r. ujawniły się skutki pomoru królików domowych, przyczyna była wtedy nieznana. Choroba szybko się rozprzestrzeniła na króliki hodowane na kontynencie amerykańskim (Brazylia, Argentyna, Kalifornia). Dopiero w 1942 r. Aragao odkrył, że wirus myksomatozy jest łagodnym schorzeniem dzikich królików amerykańskich z rodzaju Sylvilagus7) (europejski dziki królik należy do rodzaju Oryctolagus). Dla królików europejskich zetknięcie się z myksomatozą było w 99,5% śmiertelne.
To dr Aragao zaproponował użycie myksomatozy do zwalczania dzikich królików w Australii, przesyłając już w 1926 r. kultury wirusa. Pierwsze próby zwalczania królików podjęto tam w 1936 i powtórzono w 1937 i 1938 r. Były to jednak próby mało skuteczne.
Dopiero w 1950 r., gdy jako roznosicieli wirusów użyto komarów – efekt przeszedł wszelkie oczekiwania: w ciągu roku zasięg choroby objął obszar, na przebycie którego króliki potrzebowały 50 lat.8) Redukcja populacji królików sięgnęła niewyobrażalnej wcześniej liczby 90 proc. Rozpoczął się proces regeneracji szaty roślinnej, z rzadkimi gatunkami włącznie, zwiększyła się liczba hodowanych owiec itp.
Upadek europejskiej populacji dzikiego królika wiąże się z nazwiskiem francuskiego lekarza dra Delille, który bez pytania władz o zgodę sprowadził wirusa do Francji i zaszczepił nim jednego królika, złapanego w swojej posiadłości w roku 1952. Tu z kolei skutecznym wektorem wirusa kazały się pchły. Dr Delille nie był sadystą – był zamiłowanym ogrodnikiem, a króliki skutecznie mu w tym przeszkadzały. W 1953 r. doczekał się sensacyjnego procesu ze strony myśliwych, rozsierdzonych raptownym zanikiem przedmiotu polowań. Co prawda sąd go uniewinnił, nie czując się kompetentnym do orzekania w tej sprawie. W każdym razie Francuzi uznali, że wyginięcie królików przyniosło im więcej strat niż korzyści. W Holandii i Anglii stwierdzono, że gdy zabrakło królików, odrodziła się roślinność pól, łąk i obrzeży lasów. Zwiększyła się liczba zajęcy, uprzednio widocznie przegrywających w konkurencji ze swoim kuzynem przybyłym zza Kanału La Manche. Zmniejszyła się raptownie liczba drapieżników (lisów, łasic, myszołowów). W Australii olbrzymia liczba drapieżników, pozbawiona dotychczasowego źródła pokarmu, zaczęła atakować jagnięta na pastwiskach. Np. w 1952 r. farmerzy australijscy odstrzelili 10 tys. orłów i 25 tys. lisów.9)
Tyle historia. Dziś ocenia się, że zaraźliwość wirusa spada (śmiertelność ok. 90 proc.), co pozwala mieć nadzieję, że z czasem uda się utrzymać królika jako element fauny i jako zwierzę łowne.10) Szczególnie wśród myśliwych pojawiają się nadzieje na reintrodukcję królików, zważywszy na fakt katastrofalnego załamania się populacji nader pospolitego dotychczas zająca. Nie wydaje się jednak by były to nadzieje realne w najbliższym czasie. Przede wszystkim w Polsce dziki królik osiąga kres swego europejskiego zasięgu. Wschodnia granica jego występowania pokrywa się mniej więcej z linią Wisły. A więc pokrywa się z grubsza z granicą między klimatem atlantyckim i kontynentalnym. Kontynentalizm klimatu wyraźnie mu nie służy. Płonne są więc nadzieje Pawła Zawadzkiego, że „wolne” króliki się zbuntują przeciw dyskryminacji i same znajdą drogę do lasów białowieskich, bieszczadzkich itp. Na szczęście dla tych lasów – miejmy nadzieję, że to się nigdy nie stanie!
Poza tym: oprócz odpowiedniego klimatu królik potrzebuje takiego zespołu elementów środowiska, który przywykliśmy traktować jako środowisko antropogeniczne, zniekształcone. Jako zwierzę śródziemnomorskie lubi środowiska ciepłe, nasłonecznione, wręcz przesuszone, ale – z różnorodną roślinnością. Np. w prawobrzeżnym Toruniu (a więc na wschód od Wisły) kolonie królików świetnie się rozwijają na przedmieściach, ogródkach działkowych, nawet… na cmentarzach, gdzie zjadają kwiatki i (horrendum!) – kopią nory. Są przekleństwem ogrodników i działkowców, którzy walczą z nimi wszelkimi sposobami, oczywiście nielegalnie. Królik jest wprawdzie zwierzęciem łownym, ale na terenie miasta nic z tego nie wynika – myśliwi nie mogą przecież tam polować. A „łowy” ogrodników polowaniem nie s ą. Są kłusownictwem.
Graniczny charakter zasięgu królika w Polsce powoduje, że nigdy nie będzie on miał charakteru ciągłego; jest to zasięg przerywany, poszczególne kolonie zajmują izolowane obszary. Przy czym obserwuje się ciągły spadek liczebności. Przyczyna jest w jakimś sensie „naturalna” – króliki lubią budować swoje kolonie w uprawach leśnych na gruntach porolnych, przesuszonych i piaszczystych. Stamtąd dokonują wypadów na żer – na łąki, pola i ogrody. Wyrastanie młodników w drągowiny i starodrzewia zbiega się z reguły z upadkiem kolonii. Na pewno ma ta zmiana środowiska jakiś pośredni wpływ na powodzenie kolonii, być może zbiega się to ze wzrostem spasożytowania, może z degeneracją genetyczną (chów wsobny?), wreszcie – z koncentracją drapieżników.
Na pewno nie jest przypadkiem wielki rozrost kolonii królików w latach 50. i 60., gdy pojawiły się olbrzymie powierzchnie zalesień gruntów porolnych. Być może planowany obecnie wzrost lesistości również wpłynie na rozwój populacji królików. Nie zazdroszczę jednak tym leśnikom, których uprawy zostaną skolonizowane przez te gryzonie. Szczególnie teraz – w dobie ekologizacji gospodarki leśnej. Po wojnie w zalesieniach 90 – 100 proc. nasadzeń stanowiła sosna, której króliki nie zgryzają (chyba, że „dla wprawy”). Obecnie w zalesieniach porolnych udział sosny spadł do 40%, resztę stanowią gatunki liściaste, które zostaną pożarte w krótkim czasie.
Niemniej, w Polsce myśliwi próbują reintrodukcji dzikiego królika. W Stacji Badawczej PZŁ w Czempiniu jest już prowadzona hodowla zamknięta, skąd materiał do reintrodukcji koła łowieckie mogą kupować11)
Pytanie Autora: dlaczego w Polsce nie ma dzikich królików? jest więc pytaniem dyletanckim, do czego się zresztą samokrytycznie przyznaje. Odpowiedź jest taka: w Polsce są dzikie króliki, w przeszłości stwarzały spore problemy przyrodnicze i gospodarcze, lokalnie stwarzają i dzisiaj. W przyszłości być może uda się zwiększyć na nowo ich liczebność. Oczywiście po to, by można było na nie polować dla ich cennej dziczyzny, futerek i sierści na kapelusze. Nie skorzystają z tego „dobrodziejstwa” żbiki i rysie. Chyba, że przeniosą się na zachodni brzeg Wisły. I odrzucą zdecydowaną antropofobię, jako przeżytki krajobrazu pierwotnego.
W Europie jest faktem polowanie drapieżników na dzikie króliki: żbików w Szkocji i iberyjskiego podgatunku rysia eurazjatyckiego (Lynx lynx pardinus).12) Rysie hiszpańskie są wręcz uzależnione od tej zdobyczy; załamanie się populacji królików omal nie skończyło się wymarciem reliktowych populacji rysi.
Krótko o innych głupstwach głoszonych przez Autora. Nie wiem, czy obiad z królika wprawiłby bieszczadzkiego wilka „w zachwyt”. Jeśli „zachwyt” łowcy jest wprost proporcjonalny do wielkości łupu, to jednak sądzić należy, że większy „zachwyt” wilka wzbudzi zarżnięta na pastwisku owca. Czy kuna, borsuk, łasica, jenot są takimi rzadkościami w polskich lasach?. To zależy. Zależy od koncentracji ofiar, miejsc zapewniających bezpieczne schronienie i możliwość gnieżdżenia oraz wychowywania młodych, naturalnej śmiertelności (w tym: pozyskania łowieckiego, kłusownictwa, wypadków drogowych). Rzeczą oczywistą jest, że problem nie sprowadza się tylko do „piramidy liczb” Eltona. Nie wystarczy powiedzieć, że skoro w lasach jest pod dostatkiem zdobyczy w postaci myszy, dlaczego więc tak mało jest kun? Otóż równie istotnym jak pokarm czynnikiem jest obecność starych drzew dziuplastych – miejsca wychowywania młodych. Dotychczas nikt nie premiował leśniczego za drzewa dziuplaste w lesie. Teraz – w dobie ekologizacji gospodarki leśnej ta postawa się zmienia. Ale tak naprawdę problem leży gdzie indziej. Problemem jest np. nie brak kun, a brak wiedzy o ich występowaniu. Wystarczy trochę bardziej profesjonalnie poobserwować przyrodę, by dojść do bardziej optymistycznych wniosków. Twierdzę trochę przewrotnie, że kun, łasic, borsuków jest dokładnie tyle, ile w danych warunkach jest możliwe. Gdybyśmy chcieli tę sytuację zmienić, to jedynie za cenę dodatkowych zabiegów protegujących przedmiot naszej adoracji. A wiem coś o tym, bo praktykuję takie zabiegi od kilkudziesięciu lat.
W sprawie jenota – zmartwienie autora wynika jedynie z nieporozumienia. Otóż jenot jest całkiem pospolitym drapieżnikiem, przybyszem z Dalekiego Wschodu, stwarzającym poważne problemy ekologiczne. Znawców problemu jego obecność w naszej faunie wcale nie cieszy. Wprawdzie jenot występował w Polsce w okresie trzeciorzędu, ale nie jest to sytuacja porównywalna, tak, jak nieporównywalna jest fauna i flora trzeciorzędowa i dzisiejsza (holoceńska).
Życzenie Autora, by zwiększyć zróżnicowanie leśnej zwierzyny jako żywo przypomina „twórcze przekształcanie przyrody” w Związku Radzieckim, gdzie np. rezerwaty przyrody traktowano jako teren wszelkich możliwych introdukcji obcych gatunków, oczywiście z myślą o tzw. „dobru człowieka”13). Dziś, po latach warto by było sprawdzić co ta w istocie ideologiczna akcja dała dobrego, a co złego. Zdumiewająco mało informacji o tym wszystkim dociera do powszechnej wiadomości.
Choć przyznać trzeba, że zamysł Autora jest zbożny; chce widzieć więcej dużych drapieżników i ad hoc wymyśla dla nich mnożący się łatwo i szybko łup w postaci królików. Jak sądzę – jest to uboczny produkt propagandy ostatnich lat, lansującej tworzenie równowagi ekologicznej od góry, tj. poprzez wyraźne protegowanie dużych drapieżników. Hołdujący temu poglądowi ekolodzy chcą budować równowagę ekologiczną, poczynając od dachu budowli, jaką stanowią ekosystemy. Problem w tym, że nie są to ekosystemy naturalne; obciąża je nasza w nich obecność i fakt ich użytkowania. Więcej – znaczna część równowagi ekologicznej ekosystemów użytkowanych przez człowieka – jest jego dziełem i jest równa co do wielkości włożonej subwencji energetycznej, tj. energetycznemu równoważnikowi pracy żywej i mechanicznej, stopie zużycia energii ciągnionej zawartej w maszynach i urządzeniach, materiałów i informacji. Twierdzenie, że w takich ekosystemach można przywrócić równowagę zaczynając od najwyższego piętra troficznego piramidy Eltona – uważam za najdzikszą fantazję. Coś takiego jak równowaga ekologiczna nie da się budować od góry. Ona musi być tworzona „od dołu”. Jak? A to jest ciężka praca – tu nie da się wyręczyć kilkoma drapieżnikami na samym szczycie piramidy.
Cała ta dyskusja wokół dużych drapieżników przypomina mi pomysł z kaskadą Dolnej Wisły, jako remedium na niedobór wody. Otóż wodę można retencjonować w różny sposób. Można w zlewni i można w dolinie. Retencjonowanie wody w zlewni to praca na całe dziesięciolecia, niewdzięczna i mało widowiskowa. Szczególnie, jeśli zważyć, że najbardziej liczącym się zbiornikiem retencyjnym wcale nie są małe i duże zbiorniki wodne, a… gleby obszaru zlewni. Aby skutecznie zwiększyć retencyjność takiego obszaru, potrzeba w nim zabudowy biologicznej w postaci zadrzewień, zwiększenia udziału próchnicy w glebie, wreszcie – głęboszowania gleb. Czy warto na tak mało spektakularne przedsięwzięcie wydawać choć jedną złotówkę? Co innego wielka tama. Wielka tama to przede wszystkim wielkie projekty, wielkie wykopy, wielki plac budowy, wielkie pieniądze. Można wreszcie łatwo obliczyć coś co nazywa się „efekt ekologiczny”; będzie to po prostu ilość zgromadzonych m3 wody. A przecież bywa tak, że m3 wody swoje, tzn. są tam, gdzie powinny być, tj. za zaporą, a prawdziwy efekt ekologiczny jest wyraźnie ujemny. Ale wtedy jest to już zmartwienie innego pokolenia.

Oleg Budzyński
18.11.99

PRZYPISY:
1. J. Dorst, Zanim zginie przyroda, WP, Warszawa 1971, s. 329
2. Tamże.
3. E. Nowak, Zwierzęta w ekspansji, WP („Omega”, nr 275), Warszawa 1974, s. 41
4. Tamże, s. 43
5. J. Dorst, cyt. dz., s. 329
6. E. Nowak, cyt. dz. s. 44
7. A. Leńkowa, Oskalpowana Ziemia, WP („Omega”, nr 128/129), Warszawa 1971, s. 166-167.
8. Tamże, s. 169
9. Tamże, s. 173
10. M. Pinkowski, Dziki królik – próby reintrodukacji, Łowiec Polski, 1994, 7: 8.
11. Tamże.
12. P. Sumiński, Ryś (monografia przyrodniczo-łowiecka), PWRiL, Warszawa, 1973 s. 57-58.
13. Por. np.: B. Żitkow, Ssaki i ptaki świata, WP, Warszawa 1953.
Oleg Budzyński