Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Opowieści o pyrach żyrowych - Przypowieść o ludziach i pieniadzu (część 3)

<< czytaj część drugą

Jednakże ktoś, kto chciał otrzymać pożyczkę pieniężną, musiał wykazać, że interes, w który chce zainwestować, także da 5, 6, 7% czystego zysku. I oto na Potatos nic się nie działo co by nie było rentowne. Nie podejmowano żadnej pracy, nie kupowano magazynów, maszyn, domów i fabryk, które nie dawały czystego zysku, odpowiedniego do oprocentowania zainwestowanych pieniędzy. Przynajmniej jednak znów była praca i wszyscy byli zadowoleni, oczywiście przede wszystkim posiadacze dużych zasobów pieniężnych, do których zaczęły odtąd spływać dochody nie wymagające własnego wysiłku. Tylko pracownikom powodziło się gorzej, ponieważ ostatecznie procentowe błogosławieństwo nie spadało z nieba. Oprocentowanie musiano odtąd odciągać od dochodów z pracy. Pracownicy odczuwali to wyraźnie przy wypłatach. Znikła możliwość oszczędzenia z pensji na stare lata tyle, aby można było z tego żyć. Pocieszali się jednak myślą, że obecnie otrzymują też oprocentowanie za swe oszczędności. Nawet jeśli możliwości oszczędzania zmalały, mieli jednakże już z czego żyć.

Minęło parę lat. Na Potatos przyzwyczajono się już, że pieniądz nie krąży o własnych siłach, że utrzymuje go w obiegu tylko oprocentowanie. Następstwa kryzysu zabliźniły się. Prawie wszyscy Potatosjanie mieli znów zatrudnienie. Magazyny, sklepy i targowiska zapełniły się ponownie towarami. Domy i osiedla wyrastały jak grzyby po deszczu. Na Potatos powrócił dobrobyt. Także płace zaczęły wzrastać. Poszukiwano zdolnych rzemieślników, którzy znów mogli stawiać warunki. Nie było bezrobocia, którym można by było ich postraszyć.


Mimo to przedsiębiorcom rzedła mina. Jeśli tak pójdzie dalej nie można wykluczyć nowego załamania. Konkurencja nasilała się. Trzeba było zaostrzać dyscyplinę finansową i coraz bardziej liczyć się z groszem. Wprawdzie ceny utrzymywały się na ogół na równym poziomie, bo skoro pojawiło się oprocentowanie, oszczędności wypełzły ze schowków a nowy prezes Banku Emisyjnego czuwał pilnie, aby rynek był stale zaopatrzony w wystarczającą ilość pieniędzy. Gdy wskaźnik cen obniżał się, wprowadzano do obiegu nowe pieniądze i poziom cen wracał do poprzedniej wartości.

Troską przedsiębiorców były natomiast płace. Jeśli płace będą wciąż wzrastać, jak sobie dadzą radę? Natomiast pracownicy uważali, że to dobrze. Im bardziej wzrastały ich zarobki, tym więcej mogli kupować, a to chyba było korzystne dla całej gospodarki? Taki pogląd był niewątpliwe słuszny w czasach, gdy pieniądz krążył pod własnym przymusem a oszczędności bezwarunkowo wpłacano do banków. Teraz natomiast, gdy deponowanie oszczędności zależało od oprocentowania, pojawiła się pułapka, ponieważ w przedsiębiorstwach należało przede wszystkim wygospodarować oprocentowanie; musiały działać rentownie. Gdy wskutek rosnących płac rentowność stanęła pod znakiem zapytania, pieniądz był z przedsiębiorstw wycofywany i zanikała zdolność kredytowa. W końcu nie było już nawet z czego płacić wynagrodzeń.


Przedsiębiorcom bardzo ciążyły wysoko oprocentowane długi zaciągnięte przed laty, podczas kryzysu gospodarczego.

Tymczasem stopa procentowa stale spadała z powodu coraz większej podaży oszczędności. Banki płaciły już tylko 1% za rachunki na żądanie, 2,5% za wkłady miesięczne i 4% za depozyty roczne. Oprocentowanie za udzielanie kredytu było niewiele wyższe. W tych warunkach prawie nikt się zbytnio nie kwapił do składania swoich oszczędności w banku. Nie dbano także zbytnio o inwestowanie w różne przedsięwzięcia, chyba że można było liczyć na większą stopę zysku, czyli tak zwane oprocentowanie.

Poza tym nie można było przewidzieć przyszłości. Na wszelki wypadek lepiej było mieć stale do dyspozycji jakiś zasób gotówki.


Takim sposobem obieg pieniądza coraz bardziej się kurczył. Z dnia na dzień coraz bardziej leniwiał. Prezes Banku Emisyjnego robił co mógł, aby wyrównać zmniejszającą się szybkość obiegu, zwiększając ilość pieniądza; zauważył jednak, że coś tu wyraźnie nie było w porządku. Pomimo codziennego wzrostu wyemitowanych banknotów, wskaźnik cen wykazywał wciąż tendencję zniżkową. Niewątpliwie zbliżała się katastrofa.


Zaniepokojony Prezes zwołał konferencję parlamentarzystów, czołowych osobistości gospodarczych i liderów związków zawodowych. Wyjaśnił im, że nie da się już utrzymać cen na stałym poziomie. Wyemitowano już zbyt wiele pieniędzy. Zagraża to gospodarce poważnym niebezpieczeństwem nowej inflacji. Na razie inflacja czai się we wszystkich możliwych zakamarkach i nie ujawnia się, bo stopa procentowa jest jeszcze zbyt niska, by ją wywabić z ukrycia.


– Tak jest – powiedział Przewodniczący Związku Obrony Praw Właścicieli i Fabryk. – Budowaliśmy, pracowaliśmy i inwestowaliśmy zbyt wiele. Nierozważnie gospodarzyliśmy siłą nabywczą społeczeństwa. Taka jest nasza sytuacja i nie wiemy co robić dalej. W ostatnich latach było wiele nietrafnych inwestycji. Potrzebujemy pilnie oczyszczającego kryzysu, w którym zostaną usunięte wszystkie nieprzystosowane elementy, które wcisnęły się do gospodarki. Potrzebny nam jest kryzys ozdrowieńczy, który pozwoli przywrócić rentowność gospodarki. Poza tym trzeba też chronić dochodowe gałęzie gospodarki przed nieuczciwą konkurencją. Nie może być tak, że każdy kto zechce może po prostu otworzyć przedsiębiorstwo, psując innym interesy. Z należnym szacunkiem dla gospodarczej swobody, musi przecież być jakaś selekcja, każdy zawód musi przestrzegać swoich standardów i chronić się przed udziałem niepożądanych elementów.


Przedstawicielom świata pracy przemówienie Przewodniczącego wydawało się bardzo podejrzane. Z tego zaś co powiedział Prezes Banku zrozumieli tylko tyle, że grozi nowa inflacja. Temu należało oczywiście zapobiec. Wytknęli właścicielom domów i fabryk nienasyconą chęć zysku. Poza tym wierzyli, że dzięki wielkiej znajomości rzeczy Prezesa ład zostanie przywrócony.


Przybysza wyposażono w wielkie pełnomocnictwa, z których niezwłocznie uczynił użytek. Nie wyemitował już ani jednego dodatkowego funta nowego pieniądza, wstrzymał kredyty dla państwa i dla gmin oraz dla prywatnych banków. Natychmiast nastąpił generalny spadek cen. Kurs papierów wartościowych zaczął się szybko obniżać. Na giełdzie zapanowała panika. Każdy starał się uratować swoje pieniądze i kupował za wszelką cenę towary, papiery wartościowe i akcje. Pieniądze znów znikły w prywatnych zakamarkach, co jeszcze zwielokrotniło skutki katastrofy. W mgnieniu oka produkcja skurczyła się do tego co najniezbędniejsze dla podtrzymania samej egzystencji. Zakłady miały przestoje, przechodziły na skrócony czas pracy, zwalniały pracowników lub likwidowały się. Wkrótce liczba bezrobotnych na Potatos wzrosła do paru milionów.

Jednakże tym razem pracownicy nie byli nastawieni tak pokojowo jak poprzednio. Utworzyli Związek Obrony Pracowników. Pilnował on, by nikt nie godził się na obniżenie płac. Uniemożliwiło to naturalnie poprawę rentowności zakładów i wciągnięcie na powrót do gospodarki przechowywanych pieniędzy. Tego przedstawiciele świata pracy nie rozumieli, tylko niestrudzenie wytykali przedsiębiorcom nadmierną chciwość, pozbawiającą pracowników prawa do pracy. Bezrobotni gromadzili się, urządzali pochody, rzucali kamieniami w okna bogaczy, opanowywali zamknięte fabryki i sami uruchamiali maszyny.

Jednakże, gdy po paru dniach pracy nikt od nich nie kupował wyrobów i nie płacił im pensji, ponownie porzucali pracę i przeklinając wychodzili na ulicę.

Właściciele domów i fabryk zaczęli stopniowo odczuwać trwogę. Przewodniczący ich związku udał się do Prezesa Banku na długą rozmowę w cztery oczy.


– Tak dłużej nie może być – powiedział. – Naród się burzy. Głodują, marzną, brakuje im przyodziewku, gnieżdżą się w nędznych dziurach. Nie mają pieniędzy na wychowanie dzieci, na utrzymanie, odpoczynek i na kształcenie się. Nie mogą pojąć dlaczego nie wolno im pracować, aby wyprodukować to wszystko, czego im brakuje. Co robić? Nie możemy wmawiać głodującym ludziom, że praca się skończyła, bo wszystkiego jest w bród. Jak z czymś takim radzą sobie w twojej ojczyźnie?


– U nas wdraża się państwowy program robót publicznych. Kopiemy kanały, regulujemy rzeki, budujemy zapory, autostrady, szpitale, sale koncertowe, kolejki linowe. Można też niwelować góry i przenosić je na inne miejsce. Są to rzeczy, których właściwie pilnie nie potrzebujemy. Poza tym w pomyślnych czasach i tak na pewno by je wykonano. Ale w ten sposób ludzie mają chociaż zajęcie i nie przychodzą im do głowy głupie myśli.5

– Pięknie! Ale jak mielibyśmy finansować te prace? Jeśli brakuje pieniądza na rzeczy niezbędne, to jak znaleźć go na takie zbytki.

– Nie mów tak. Posłuchaj, między nami możemy rozmawiać otwarcie. Zasadniczo zakłócenia pracy wzięły się stąd, że pracownicy mniej zarabiają niż produkują i nie mają możliwości kupienia swoich własnych wyrobów. Ci, co korzystają z oprocentowania, na ogół nie myślą o tym, aby to wszystko skonsumować, lecz wciąż naliczają sobie procenty i procenty od procentów i dalej szukają procentujących inwestycji. Naturalnie to nie może trwać bez końca. Dysponując kapitałem wciąż rosnącym dzięki procentom i procentom od procentów, budują wciąż nowe domy i fabryki, zakładają przedsiębiorstwa i tworzą sobie ustawicznie nową konkurencję. To powoduje ciągłe zmniejszanie się stopy zysku, aż do granicy rentowności. Wówczas ustaje inwestowanie pieniędzy i następuje nieuchronnie kryzys zbytu, tak jak tego właśnie doświadczyliśmy.

– To wszystko jest dla mnie jasne, ale co tu może w takim razie pomóc twój program robót publicznych?

– Bardzo wiele! Gdy umożliwi się oszczędzającym zainwestowanie ich pieniędzy w przedsięwzięcia, które nie stanowią żadnej konkurencji dla istniejących środków produkcji, gospodarka się rozwija i znowu jest praca.

– Znakomicie! A jak się to robi?

– Bardzo prosto: rozpisuje się pożyczkę na stworzenie miejsc pracy.

– Nie wydaje mi się to takie proste. Pożyczka przecież musiałaby być oprocentowana, więc ludzie dostaliby ze swych pieniędzy równie mało jak z inwestycji prywatnych.

– Oczywiście, pożyczka musi być oprocentowana.

– Ale z czego? Kopanie rowów i przenoszenie gór przecież niczego nie daje.

– Istotnie. Te pożyczki są po prostu pożyczkami państwowymi. Oprocentowanie zbiera się przy pomocy podatków, ponieważ są to prace użyteczności publicznej, obsługę długu i jego spłatę można naturalnie rozłożyć na całe społeczeństwo. Ostatecznie ma ono z tego także pożytek.

– Bardzo wątpliwy! W ten sposób praca byłaby celem sama dla siebie. Ludzie musieliby pracować tylko po to, żeby pracować, a ponadto musieliby jeszcze sami za to płacić.

– Ale dzięki temu pieniądz pozostawałby w obiegu, ludzie mieliby pracę, a kraj byłby zabezpieczony przed rewolucją. Czy nie ma w tym pożytku? Można się więc zgodzić na pewne koszty.

– Hm… – zastanowił się Przewodniczący. – Jednakże sprawa wydaje mi się zbyt niedorzeczna. Poza tym wątpliwe czy byłby to sukces trwały. Nie masz lepszego pomysłu?

Wówczas Przybysz przysunął się całkiem blisko i wyszeptał:

– Najlepsza byłaby naturalnie wojna.

– Wojna!? – zapytał tamten wstrząśnięty. – Wojna? Ale czemu wojna?

– No, wyobraź sobie tylko, ile bezsensownych prac wykonać można na rzecz wojny. Przede wszystkim uzbrojenie, mundury, koszary, urzędy mobilizacyjne, fortyfikacje obronne, samoloty, okręty, obrona przeciwlotnicza, lotniska i porty, szkolenia itd. Ileż potrzeb! Cała gospodarka zostaje zapłodniona. Kopalnie, huty, walcownie, fabryki maszyn, stocznie, fabryki pojazdów, przemysł tekstylny, budowlany, rzemiosło, lekarze. Wszyscy dostają pracę i to pracę bez bezlitosnej konkurencji. Bo wydatki ponosi państwo, ustala też ceny, dobre ceny, z których wszyscy mogą żyć, a rentowność przedsiębiorstw jest zagwarantowana. W produkcji wojennej nie liczy się gospodarność. Koszty zostaną pokryte z podatków.

– Ale to przecież nie może trwać bez końca. – zauważył Przewodniczący. – Program zbrojeniowy też się kiedyś skończy.

– Dlatego właśnie potrzebna jest wojna, w której to wszystko ulega zniszczeniu. Wówczas wszystko zaczyna się od nowa, jeszcze bardziej intensywnie, z nowymi rodzajami broni, nowymi metodami i potężniejszymi środkami. Wojna jest jedyną możliwością, stwarzającą dla ludzkiej pracy niekończące się pole działalności z nie wyczerpanymi możliwościami. Pomyśl tylko o wszystkim co wojna niszczy poza uzbrojeniem i urządzeniami wojskowymi i co potem trzeba odbudować: domy, szkoły, kościoły, fabryki, mosty, dworce, domy towarowe, biurowce, hotele, okręty, porty i co tam jeszcze. W czasie ostatniej wielkiej wojny, z powodu zatopienia naszego statku przez wrogą łódź podwodną, bombardowaniem z samolotów zrównaliśmy z ziemią całe połaci 20 razy większe niż wasza wyspa. To nam dało możliwość oddechu. Żeby to wszystko odbudować, ludzie z mojego kraju mogą pracować przez wiele lat bez obawy o granicę rentowności.6


Przewodniczący podniósł się z krzesła i osłupiały wpatrywał się w swego rozmówcę.

– Okropność! – wykrzyknął. – To jest konsekwencja twojej procentowej gospodarki?

– Istotnie – odrzekł Prezes – dopóki brakuje wojennego zaworu bezpieczeństwa, zmierzamy nieuchronnie do wojny domowej.

– Wykluczone! – podniósł głos Przewodniczący. – Zresztą z kim mielibyśmy prowadzić wojnę, nie możemy przecież podzielić naszej wyspy na różne narody, żeby mieć pretekst do zbrojeń i wzajemnego wybijania się.

– Tak daleko moja wyobraźnia nie sięga. – Stwierdził Przybysz, zbity z tropu.

– Posłuchaj. – podjął Przewodniczący. – My, właściciele domów i fabryk, jesteśmy trzeźwymi ludźmi interesu. Istotnie dążymy do zysku jak się da. Szczerze mówiąc, jeśli udaje nam się coś zgarnąć bez wielkiego wysiłku, wykorzystujemy okazję. W interesach nie można inaczej, jeśli się nie chce wypaść z gry. Ale nie jesteśmy krwiożerczymi potworami. Jesteśmy ludźmi bogobojnymi i dużo zrobiliśmy dla biednych i dla opieki społecznej. Jeśli twoja polityka prowadzi do takich konfliktów, nasze drogi się rozchodzą.

Proponuję, żebyśmy teraz poszli po poradę do twojego poprzednika. Mam wrażenie, że nie byliśmy wobec niego sprawiedliwi, może miał rację z tą swoją drobiazgowością.


Stary Prezes przyjął ich uprzejmie i wysłuchał ze zrozumieniem opowieści o ich kłopotach.

– Spodziewałem się tego – powiedział, gdy jego następca skończył swoje wyjaśnienia.

– Doprawdy? – zapytał z powątpiewaniem Przewodniczący. – Jeśli tak, poradź nam co teraz mamy zrobić, żeby uwolnić się od tego sabatu czarownic?

– Nie mogę poradzić nic innego jak to, co powiedziałem już przed laty – odparł Stary Prezes. – Musicie urządzić środek wymienny w taki sposób, żeby nikt nie mógł go przechowywać bez straty. Wówczas znów każdy będzie skłonny inwestować swoje oszczędności w gospodarkę, nie żądając specjalnych zysków. Nikt nie będzie mógł pokrzyżować polityki walutowej Banku Emisyjnego poprzez wycofywanie lub wprowadzanie do obiegu pieniądza. Bank będzie mógł utrzymywać ceny na stałym poziomie, skończą się zakłócenia sprzedaży. Oprocentowanie zniknie, płace wzrosną do pełnej wartości pracy i wszystko co się wytworzy, można będzie kupić. Oto cała tajemnica.

– Zatem mielibyśmy wrócić do naszego dawnego pieniądza pyrowego? – pytał Przewodniczący z powątpiewaniem. – Byłby to bez wątpienia żenujący krok wstecz.

– Bynajmniej – uśmiechnął się były Prezes. – Miałem lata czasu na przemyślenie i odkrycie rozwiązania. Postanowiłem jednak, że nie ogłoszę go zanim sami z własnej woli do mnie nie przyjdziecie, bo inaczej wyśmialibyście mnie, nazywając starym wariatem.

– Nie dręcz nas – zawołał niecierpliwie Przewodniczący.

– Więc uważajcie: tu mamy piękny, świeży, okrągły i jędrny ziemniak, a tu jest niemniej ładny, nowy, kolorowy banknot. Jeżeli oba będą leżeć przez rok, choćby w najlepszym, suchym i całkiem ciemnym pomieszczeniu – ziemniak wyschnie i straci na wadze. Ale banknot pozostaje niezmieniony, tak jak go położyłem.

– Podobnie jak ziemniak zachowuje się większość naszych towarów. Jeśli nie chcę na nich stracić, muszę je komuś zaproponować. W przypadku banknotu – nie muszę. Jest więc cenniejszy niż towar. Dlatego bywa wymieniony na towar tylko pod bardzo wątpliwym warunkiem, mianowicie w zamian za procent. – Mogę jednak zrównać pod tym względem banknoty z towarami.

– Jakże to? – Zawołali jednogłośnie obaj słuchacze.

– Otóż muszę tylko zarządzić, żeby siła nabywcza każdego banknotu stale się zmniejszała. Nie musi to być połowa w ciągu roku, tak jak w przypadku pyr. Myślę, że 6 – 12% w ciągu roku zupełnie wystarczy. Przyjmijmy dla prostoty 1% miesięcznie. Wówczas jeden banknot funtowy, wyemitowany w grudniu, będzie warty w styczniu 99 pensów, w lutym 98, a w marcu 97– itd. Po roku, po zapłaceniu 12 pensów zostanie wymieniony na nowy banknot funtowy. To samo będzie dotyczyło wszystkich banknotów.

– A jak to dopłacanie miałoby wyglądać w praktyce? – zapytał Przybysz.

– Można to wykonać bardzo pomysłowo, przywracając banknot do wartości początkowej przez naklejenie małego znaczka skarbowego. W taki sposób procedura staje się widoczna. Ale w praktyce można by to jeszcze zrobić prościej. Znaczek nie musi być naklejany. Można go położyć obok. W zewnętrznym wyglądzie banknotu nic w ogóle się nie zmieni. Ponieważ siła nabywcza wszystkich banknotów i monet stale zmniejsza się w takim samym stosunku, nie trzeba się martwić przy płaceniu o pojedynczą sztukę, tylko po prostu od każdej płaconej sumy trzeba odliczyć w styczniu 1%, w lutym 2%, w marcu 3%, w kwietniu 4%, w listopadzie 11%, a w grudniu 12%. Każdy ma wówczas w swojej portmonetce czy w kasie zawsze ilość pieniądza, którą może obliczyć, jeżeli od sum wynikających z jego zapisów księgowych, paragonów czy rachunków odliczy wartość opłaty za używanie pieniędzy, przypadającej na dany dzień. Suma tej opłaty nie należy do niego. Jest ona własnością Państwowej Izby Monetarnej i pod koniec roku, przy wymianie pieniędzy, zostaje przekazana do centrali.

– W sumie to dość kłopotliwa procedura – zauważył Przewodniczący Związku OPWDiF

– Kłopotliwa? – Zdziwił się były Prezes. – W zasadzie to nic innego jak to co robiliśmy już z pieniądzem pyrowym. A może wolałbyś, żebyśmy wrócili do pieniądza pyrowego?

– Nie! Boże uchowaj – zastrzegł się Przewodniczący.

– Ale znasz się przecież na tabelach procentowych – ciągnął były prezes. – Czy to nie kłopotliwe, gdy każdego dnia, na każdym arkuszu kontowym musimy wyliczać wciąż zmieniające się sumy oprocentowania? Czy mam ci też przypominać, jak nierozsądne myśli rozważaliście dziś po południu? Chcieliście dostarczyć pracy bezsensownej, bezcelowej. Jakby nie było dość pracy, żeby zadbać o nasz własny dobrobyt. Chcieliście nawet wywołać wojnę, aby sobie poradzić z bezsensem gospodarki procentowej. Czy to nie kłopotliwe? I kosztuje nie tylko trochę czasu i przeliczeń – ale krew. Rozsadziliście i podzieliliście nasze społeczeństwo i wepchnęliście nas w nędzę i śmierć.

– Wszystko się zgadza – wtrącił się obecny Prezes. – Ale co z pieniądzem żyrowym?

– Żebym więcej nie słyszał tego słowa – powiedział z mocą były Prezes. To co nazywasz „pieniądzem żyrowym” polega tylko na przekazaniu uprawnień do pieniędzy. Jednakże uprawnienie do pieniędzy nie może być samym pieniądzem. Jeśli w szeregu przekazów nie występuje w jakimś momencie pieniądz gotówkowy i nie jest faktycznie wypłacany, cała procedura jest pozbawiona sensu i gmach bezgotówkowego obrotu płatniczego zapadnie się jak wieża, w której zabrakło fundamentu.


– Gdybym miał krótko streścić doświadczenia, które zebraliśmy po wprowadzeniu obrotu bezgotówkowego, mielibyśmy następujące wnioski:

* Zapłaty można dokonywać poprzez przenoszenie uprawnień do pieniądza.
* Obrót bezgotówkowy wpływa na poziom cen tak samo jak gotówkowy.
* Jeśli poziom cen ma być stabilny, każda zmiana udziału wypłat bezgotówkowych w całym obrocie płatniczym musi być więc wyrównana przez odpowiednie zmniejszenie lub zwiększenie ilości pieniądza gotówkowego. Bezgotówkowy obrót płatniczy zwiększa się, gdy wzrasta ilość pieniądza gotówkowego, zaś kurczy się, gdy zmniejsza się obrót gotówkowy.
* Płacenie gotówką może zawsze zastąpić obrót przy pomocy przelewów i czeków, ale nie na odwrót.


– Dlatego dla utrzymania stabilnego poziomu cen wystarczy regulowanie tylko obrotu gotówkowego. – Zgoda?

– Na razie nie przychodzi mi do głowy żadna wątpliwość – przyznał Nowy Prezes.

– Świetnie – ucieszył się Stary. – Idźmy więc dalej:

– Bezgotówkowy obrót płatniczy jest możliwy tylko na podstawie istniejących kont oszczędnościowych. Konta oszczędnościowe zaś tworzone są tylko wtedy, gdy posiadanie ich jest bardziej korzystne od posiadania gotówki. Dlatego konto oszczędnościowe musi przewyższać gotówkę. W przypadku pieniądza o stałej wartości rolę tą spełnia oprocentowanie, natomiast w przypadku pieniądza naturalnego – trwałość konta oszczędnościowego. Nigdy się nie zdarzyło, aby konto oszczędnościowe było równoważne pieniądzowi gotówkowemu. Dlatego żądanie, aby obrót bezgotówkowy musiał podlegać tym samym warunkom jak pieniądz gotówkowy jest zupełnie pozbawione sensu. Wszelkie tego rodzaju próby sparaliżowałyby tworzenie kont oszczędnościowych i uniemożliwiłyby obrót bezgotówkowy.

– Zdaje się, że jego argumenty nie są jałowym dzieleniem włosa na czworo – mruknął Przewodniczący Związku OPWDiF.

– Dlatego, jak widzicie, możemy bez wahań i obaw zabrać się do wprowadzenia w nasz system finansowy bezgotówkowych rozliczeń płatniczych – podsumował Stary Prezes.

Niezależnie od tego, w jakim zakresie płacimy za nasze zakupy bezgotówkowo, w gospodarce czynny jest nieustannie środek wymienny – pieniądz gotówkowy. I zawsze możemy sterować gospodarką poprzez regulowanie obrotu gotówkowego, dokładnie tak jak sternik utrzymuje statek na stałym kursie, czy wiatr wieje ze wschodu czy z zachodu. Sprawą podstawową jest, by statek utrzymywał się w ruchu, w naszym przypadku oznacza to, że pieniądz musi nieprzerwanie krążyć.


Nowy Prezes zamyślił się głęboko. Czyżby jego koledzy po fachu, w jego ojczyźnie, ci wszyscy potężni i znakomici bankierzy i czołowi działacze gospodarki państwowej byli takimi osłami, że nie potrafili dojść do tych prostych i logicznych związków? Nie! We wnioskach Starego Prezesa musi tkwić jakiś błąd. Ale gdzie? W którym miejscu?

Wciąż nad tym rozmyślając, nie mógł niczego wykryć. Nagle go olśniło. Być może wcale nie chcieli tego zrozumieć?

Przecież chodziło o miliardy rocznych dochodów bez wysiłku, o niesłychaną władzę. Dlatego łatwo poświęcano życie i zdrowie milionów, dobrobyt i pokój całych narodów, a jeśli to było konieczne, nawet krew własnych synów. Dlatego trzeba było sobie podporządkować całą ważną i wielką dziedzinę wiedzy. Kto zaś badawcze dociekania rzucał w szranki przeciw wielkim interesom, narażał się na straszny los. Może najgorsze był to, że same ofiary niczego już nie zauważały, nie zastanawiały się nad tym, tylko bez wątpliwości przyłączały się do swoich prześladowców. Czy nie zdarzyło się to jemu samemu? Czy kiedykolwiek pomyślał, że jego własne działania przyczyniały się do ludzkich nieszczęść i nędzy?

Choć bardzo bronił się przed takim ujmowaniem sprawy, był bezradny. Takie były fakty. Dowodziły tego ogromne niedostatki i okropności spotykające ludzi w jego dawnej ojczyźnie, niekończące się kryzysy i wojny. Gdyby nie obecność Starego Prezesa, jego mądrość i niezłomność charakteru, on sam wtrąciłby zdrowy, dzielny i niewinny naród Potatosjan do tego samego piekła.

Przeszył go lodowaty dreszcz, gdy wyobraził sobie możliwe następstwa swoich działań. Już to co zrobił dotąd w pełni zasługiwało na proces, z łatwym do przewidzenia zakończeniem.


Rzucił szybkie spojrzenie na swych rozmówców patrzących na niego w milczeniu. Czy domyślali się, co się z nim dzieje? Wreszcie powiedział:

– Myślę, że nareszcie przejrzałem. My, mieszkańcy tzw. Świata Zachodniego żyjemy w najbardziej okropnym błędzie jaki kiedykolwiek zaciemniał ludzkie umysły. Kiedy tu przybyłem, uważałem się za kogoś znacznie wyższego od was. Wasz prymitywny pieniądz pyrowy uważałem za kiepski żart. Teraz jednak widzę, że w waszym systemie było więcej mądrości, niż w grubych księgach i napuszonych wykładach profesorów naszych uczelni. Wyznaję, że ciężko zgrzeszyłem przeciw pomyślności i pokojowi waszego narodu z powodu mojej niewiedzy, ale chciałem jak najlepiej. Zbłądziłem. Moja wina. – Składam urząd. – Byłbym znacznie spokojniejszy, gdyby mój poprzednik ponownie go przejął, aby naprawić wszystko, co wypaczyłem moimi nieszczęsnymi innowacjami.

– Nie ma takiej potrzeby – odrzekł Stary Prezes. – Zostań spokojnie na twoim stanowisku i dokończ dzieła. Ogromne nieszczęście zostało na czas zażegnane. Chyba tak już jest, że żaden postęp nie jest możliwy bez błądzenia i niebezpieczeństw. A przejście od naszego nieruchliwego i niewygodnego pieniądza pyrowego do czystego i wygodnego pieniądza papierowego stanowi postęp. W końcu chodzi tylko o to, aby się nie upierać przy swoim błędzie, lecz postępować wedle tego co się okazało prawdziwe.

– Nie wątpię, że teraz skoro już zrozumiałeś, zamienisz to w czyn. Chętnie będę ci służył radą i na czas przestrzegę, gdyby miano popełnić dalsze błędy. Ale jestem już za stary, aby ponownie objąć urząd. Dlaczego mielibyśmy też dodatkowo niepokoić ludzi i rozbudzać nieufność zmianami personalnymi?

Na wieść o nowych reformach pieniądza Potatosjanie początkowo myśleli – aha, znowu jakiś koń trojański Przybysza. Jednakże, gdy rozniosło się, że propozycja pochodziła od ich starego, wciąż bardzo szanowanego Pyrmajstra, odetchnęli z ulgą. Ludzie przypominali sobie dawne czasy, kiedy to musieli taszczyć niewygodne torby z pyrami, ale nie było kryzysów gospodarczych i bezrobocia, gdy każdy zarabiał tyle ile wytworzył tak, że kto był pilny i solidny mógł żyć szczęśliwie i beztrosko.

Tylko mała grupa ludzi widziała sprawę inaczej. Czy naprawdę skończyły się wspaniałości procentowych dochodów, bez konieczności pracy; prawdziwe bogactwa i władza, kiedy w ciągu paru dni można było się wzbogacić przez zręczną spekulację... albo też zbiednieć? Rozważmy. Łatwy majątek i dobrobyt – zgoda, ale za tym czaiło się zagrożenie, rozruchy, chaos, jak tego już doświadczyli. Nadmierne bogactwo powodowało niepokoje i troski tak jak bieda. Z punktu widzenia osobistego zadowolenia i pomyślności, korzyść była niewielka. Czyż bezpieczeństwo płynące z uporządkowanej i niezakłóconej gospodarki nie było większe niż to, które zapewniało bogactwo i oprocentowanie? I tak prędzej czy później musiało się załamać. Cały ten system był zgniły. Kradzione nie tuczy. Może więc lepiej, że przywrócono stary porządek?

W porównaniu z niepokojami i wzburzeniem ostatnich lat można było mówić o rajskiej przemianie. Nie broniono by się nawet przed przywróceniem dawnej waluty pyrowej, ale otrzymano piękny, czyściutki i lekki sztuczny pieniądz, który Stary Prezes nazwał „pieniądzem swobodnym” dla odróżnienia od dawnego „pieniądza naturalnego” i od pieniądza papierowego oprocentowanego, który wprowadził Przybysz. Zaś nade wszystko utrzymano wygodny i nowoczesny obrót bezgotówkowy.

Po paru tygodniach kryzys na Potatos został przezwyciężony. Ostatni bezrobotni wrócili do swoich fabryk. Chociaż stopa procentowa nadal spadała, oszczędności nie chowały się do kas pancernych, lecz szukały natychmiastowej inwestycji w gospodarkę. Płace wciąż rosły. Pracownicy znów byli w stanie kupić tyle, ile wytworzyli. Gospodarka działała bez zakłóceń. Praca banków uprościła się, bo skończyło się już ważenie pieniądza. Trzeba było go tylko liczyć i księgować.

Jeszcze łatwiejsza była praca Instytutu Emisyjnego. Co tydzień nanoszono wskaźnik cen na stary, czcigodny wykres cenowy. Linia, która w ostatnich latach wykazywała groteskowy, zygzakowaty przebieg, teraz znów biegła prosto jak grafik temperatury zdrowego człowieka. Gdy tylko krzywa cen zaczynała opadać, Instytut Emisyjny drukował banknoty i dawał je państwu oraz gminom, co pozwalało na obniżenie podatków. Gdy krzywa zaczynała wzrastać, natychmiast zatrzymywano prasę drukującą banknoty, a w razie potrzeby pieniądze wycofywano z obiegu i palono.

To wszystko.

Prezes Banku zauważył, że utrzymanie ładu gospodarczego jest znacznie łatwiejsze niż jego niszczenie.

Potatosjanie natomiast postanowili, że dla upamiętnienia szczęśliwie przezwyciężonego kryzysu wystawią pomnik Staremu Prezesowi, a obok drugi – Nowemu.
F. E. Ricardo
przekład Szczęsny Zygmunt Górski

Przypisy:

5. Proszę zwrócić uwagę, że Ricardo dostrzegł wpływ złej ekonomii na środowisko w czasach gdy jeszcze nie mówiło się o ekologii!!! (przyp. tłum.).
6. Aluzja do sprowokowanego przez USA zatopienia Lusitanii przez niemiecki U-Bot. Nawet gdyby zniszczenia były na własnym terenie, to też ludzie zapożyczyliby się podatkami na odbudowę i zapewnione byłyby „miejsca pracy” (przyp. tłum.).

F.E.Ricardo